Jedyny Portal Prawobrzeza
13 Grudzień 2017, 21:44:46 *
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
Aktualności: Witamy w Portalu Prawobrzeża Szczecina i zapraszamy do rejestracji. Jako zarejestrowany i zalogowany użytkownik możesz znacznie więcej.
 
   Strona główna   Forum Pomoc Szukaj Zaloguj się Rejestracja  
26 Wrzesień 2010, 21:23:00
Historie Prawobrzeża
Dzisiejsza dzielnica wielkiego Szczecina—Dąbie, a wówczas w 1945 r. Stary Dąb (Altdamm) zostało oficjalnie wyzwolone 20 marca 1945 r, co nie znaczy, że teren ten stał się od razu wolnym w pełnym słowa znaczeniu. Wyzwolenie miasta nastąpiło po ciężkich i krwawych walkach z doborowymi oddziałami kilku batalionów SS, które w końcu widząc beznadziejność sytuacji, okrążone z trzech stron, wycofały się za Odrę, niszcząc, paląc co napotykały na drodze. Miasteczko bardzo ucierpiało, bodaj w 70 proc., zostało zniszczone czy to przez działania bezpośrednie, czy też spalone umyślnie. W ostatnich dniach przed wyzwoleniem miasta zamordowano dziesięciu Polaków, którzy nie chcieli się razem z Niemcami wycofać, chcieli tu pozostać, niestety nie doczekali się chwili, o której marzyli. Na wyzwolonym terenie działały grupy dywersantów , głównie ze Szczecina, gdzie grupy te utworzone zostały w celu utrudniania i jak tylko można niedopuszczania Polaków do zajmowania tego obszaru. Były przeznaczone do niszczenia tego, co tylko jeszcze się zniszczyć dało, do podpalania ocalałych budynków, siania dywersji i niepokoju, nie gardzono rabunkiem czy nawet mordowaniem nowych przybyszów. Obok grup dywersyjnych organizowały się różne bandy złożone z dezerterów różnej maści, grupy pierwszych osadników, ale szabrowników, mówiąc delikatnie, grup idących za wojskiem, często to one pierwsze wchodziły na odzyskany teren — ale nie w celach uczciwego osiedlenia się, ale po prostu grabieży, kradzieży w każdy możliwy sposób. Wszystko, jak wiemy, co nowe, rodzi się w bólach. Po każdej wojnie trzeba wszystko tworzyć na nowo. Te grupy ludzi wyrzuconych falą na brzeg i stawiających pierwsze kroki na niezbyt jeszcze gościnnym, wręcz wrogim terenie... Wśród nich było wielu mieszkańców Warszawy. Właśnie mieszkańców Warszawy, którzy z powstania poza życiem nic nie wynieśli. Nic też nie mieli do stracenia. Ludzie ci wykazali wielki hart ducha , samozaparcie, siłę woli, upór narodowy, to oni także stanowili pierwsze sztafety powrotu do Polski na stare ziemie utracone przed wiekami. Zatrzymywali się etapowo w domach, willach mało uszkodzonych przy ulicy Goleniowskiej, właściwie chyba najdłuższej ulicy. Domy, wille posiekane przez broń maszynową z oderwanymi niekiedy całymi ścianami. Resztki ścian wstydliwie chowały się w płaszczu wybujałych drzew, wysokiej trawy czy krzewów owocowych (porzeczek, agrestu). Budynki były niekiedy podminowane, dookoła nich sieć splątanych przewodów elektrycznych. Domy-widma, które straszą oczodołami szczególnie o zmroku lub w nocy. Z rozbitych domów wyzierały zdezelowane urządzenia domowe, zwieszały się dywany mocno poszarpane, szafy, sprzęty kuchenne, krzesła, pianina, fortepiany, na ulicy i w ogrodach gruz, wyrwy po pociskach artyleryjskich czy moździerzowych, tu i ówdzie jeszcze wraki porzuconego sprzętu wojskowego, częściowo już zdemontowanego, części samochodów terenowych, koła, no i łusek od wszelkiego kalibru pocisków wszędzie pełno. Zaniedbane ogrody, chwast pokrywa wejścia, schody, buszuje na kiedyś pielęgnowanych ścieżkach, wyrasta i pokrywa doły, dołki, druty, jakieś zardzewiałe blachy. W piwnicach zwały pierza wyprutego z pierzyn. Od ulicy Goleniowskiej (nazwa dzisiejsza) rozchodzą się boczne ulice zabudowane domkami też w nie lepszym stanie. I tu ogrody, ogródki w straszliwym nieładzie. Drzewa połamane krzyczą kikutami, jakieś mechanizmy, żelastwo... Tak wyglądała ulica Goleniowska w owym czasie na odcinku mniej więcej od kina „Przyjaźń" do lasku, parku miejskiego kryjącego obecnie cmentarz. Dom, willa o piętrze rozbitym, dach bez pokrycia, bo przeważnie domy były kryte dachówką, parter jakoś ocalał, a z okna wyziera flaga, a więc ktoś tu mieszka. Polak, ale skąd przybył? Dowiem się na pewno. Do końca lipca czy nawet początków sierpnia na dzisiejszej ulicy Goleniowskiej, właściwie na odcinku już wymienionym, zamieszkało około 30 Polaków, przeważnie ludzi w sile wieku od 25 do 45 lat, w tym około 10 kobiet. Jak później przy bliższym poznaniu okazało, to było 16 warszawiaków, 10 poznaniaków, kilku z okolic zza Buga. Drugą taką ulicą osiedlową w pierwszych miesiącach była dzisiejsza ulica Anieli Krzywoń w śródmieściu i podobnie rozbita i podobnie tworząca centralną arterię przelotową śródmieścia. Ulica o dużym znaczeniu komunikacyjnym, ponieważ z jednej strony prowadziła do szosy w kierunku Gryfina, ulicą Gryfińską, z drugiej zaś poprzez krótki odcinek ulicy Mianowskiego, ulicy Taborowej, Szybowcową dochodziła na krótkim odcinku do Szosy Goleniowskiej. Ulica Anieli Krzywoń tworzy centralny węzeł ulic śródmieścia. Tu także było wiele budynków zniszczonych. Na odcinku od wlotu do Szosy Gryfińskiej i do ulic w rejonie ulicy Szybowcowej zamieszkali osadnicy przybyli z głębi kraju oraz także Polacy, powracający z przymusowych prac z Niemiec. Poza rejonem ulic skupiających się promieniście przy ul. Anieli Krzywoń dość dużo osiedliło się pionierów w zabudowaniach wzdłuż ulicy Gryfińskiej, mniej więcej od rozgałęzienia ul. Lotniczej i Wiosennej do rozwidlenia ul. Gryfińskiej, jej zakończenia i Hangarowej. Ulica Gryfińska była mało zniszczona, szeroka, po obu stronach zabudowana przeważnie domami piętrowymi, dwupiętrowymi, willami jedno- i dwupiętrowymi, z ogrodami warzywnymi i owocowymi. Tu też osiadł przybyły z głębi Polski piekarz Marian Brant, który bardzo sprężyście prowadził piekarnię, młody, bo 35 lat liczący piekarz, w krótkim czasie uruchomił warsztat pracy i dzięki jego zapobiegliwości, pierwsi mieszkańcy mogli się już zaopatrzyć w podstawowy produkt, jakim jest chleb. Zboże skupywał okazyjnie, tak jak i mąkę, choć z wielkim trudem, zaopatrywał się także w zorganizowanej już hurtowni w Stargardzie Szczecińskim. My także z komendy zakupywaliśmy pieczywo u niego w zamian za zboże, które było zgromadzone w elewatorze, a które podlegało pod nadzór wojskowy. Pracował z młodym czeladnikiem bodaj z Łodzi. Niestety, zginął w tajemniczych okolicznościach w drodze powrotnej ze Stargardu do Dąbia, dokąd jechał wozem zaprzężonym w dwa konie wypożyczone na przywóz przydziałowej mąki. Zginął razem ze swym pomocnikiem i czeladnikiem rzeźnickim, młodym chłopakiem. Ofiary niespokojnych dni, rozbojów, napadów. Nie powrócili już więcej. W pobliżu osiedlił się także jako jeden z pierwszych rzemieślników, też piekarz Henryk Maciaszczyk, obejmując poniemiecki warsztat pracy. Dzięki samozaparciu i wrodzonej energii we własnym zakresie potrafił usunąć szkody i częściowo zdewastowaną piekarnię doprowadził do stanu używalności. Tu także zadomowił się trzeci piekarz Niczyporowicz, stopniowo zasilając zorganizowane już piekarnie. Z innych rzemieślników wymienią Gromadkę — rzeźnika, który także w krótkim czasie uruchomił sklep. Miał bardzo poważne trudności ze zdobyciem żywca, którego właściwie w mieście nie było, a dalsze rajdy były niebezpieczne i problematyczne, gdyż wsie też ogołocone były z bydła, które szło w pierwszym rzędzie na potrzeby wojska. Ze względu na to, że przy ul. Gryfińskiej dużo budynków było mało zniszczonych, niektóre nawet zupełnie ocalały od zawieruchy wojennej, dość dużo Polaków tam się osiedlało zajmując niekiedy nietknięte mieszkania. Tu też, przy tej ulicy zamieszkał pod numerem 144 ppor. Jan Gorzkowski, oficer z komendy miasta, a więc po sąsiedzku z moim mieszkaniem, bo ja zamieszkałem w domu dwurodzinnym pod numerem 145. Janek Gorzkowski po zdemobilizowaniu zamieszkał tu na stałe, prowadził sklep spożywczy i restaurację. W budynkach przy ul. A. Krzywoń, na odcinku od ul. Otwockiej do Klombowej, zamieszkiwali przeważnie rzemieślnicy i kupcy, którzy po wyremontowaniu i uporządkowaniu mieszkań zorganizowali sobie warsztaty pracy. Tu właśnie, w parterowym domu mało zniszczonym, po drugiej stronie komendy, zamieszkał jeden z pierwszych pionierów osadnictwa, niezłomny człowiek czynu, o niepospolitej energii, powszechnie znany i ceniony p. Bronisław Hołyński, zwany panem Bronkiem. Zamieszkał z żoną. Przybył do miasta, zdaje się pierwszej połowie maja, przebył długą i żmudną drogę aż z terenów Wołynia, z Równego pow. Sarny. Przed wojną od 1929 do 1939 r. mieszkał w Toruniu, gdzie także odbywał służbę wojskową i gdzie później pracował w administracji wojskowej w czwartym pułku lotniczym. W Starym Dąbiu dużym nakładem pracy i samozaparcia zorganizował i otworzył sklep spożywczy, na który l października 1945 r. otrzymał urzędowe zezwolenie. Był to badaj jedyny sklep dość dobrze zaopatrzony, dzięki gospodarności i zapobiegliwości gospodarzy. Wspólnym wysiłkiem sprowadzali żywność i inne towary, a właściwie przywozili je ze Stargardu Szczecińskiego, z Poznania, Piły, Krzyża, z różnych wsi wielkopolskich, przywozili i niejednokrotnie nosili na plecach, korzystając z różnych środków komunikacyjnych. W tym czasie nie było to łatwe i bezpieczne. Wciąż byli narażeni na ograbienie, zabranie towaru przez różne elementy przestępcze, których tu nie brakowało. Ileż to razy p. Zofia Hołyńska, żona Bronka, kryła się z przywiezionym towarem pod wagonami, gdy tylko napotkała ciemne typy na dworcu lub dochodziły ją krzyki świadczące o niepokojach czy awanturach na dworcu i w jego okolicy. Rozbite domy, ruiny były dobrym, naturalnym schroniskiem dla różnego rodzaju maruderów, szabrowników, którzy co tylko się dało wywozili z rozbitych i nie rozbitych, a nie zamieszkałych domów. Wymontowywali liczniki elektryczne, gazowe, wodne, oporządzenia elektryczne, całe instalacje, wywozili po kryjomu nawet meble, w ogóle co tylko miało jakąś wartość. Dużą pomocą służyli Hołyńskim nasi żołnierze z komendy, którzy będąc codziennie na patrolu na dworcu, pomagali bezpiecznie przenieść towar do sklepu. Dzięki temu w sklepie spożywczym można było otrzymać cukier tak poszukiwany, sól, naftę, różnego rodzaju kasze, kiełbasę, słoninę, makarony, świece. Sklep Bronisława był nie tylko punktem zaopatrywania się przez osadników w żywność, tu skupiało się również życie towarzyskie i kulturalne. Tu była redakcja nie pisanej gazety, magazyn nowości, tu można się było dowiedzieć o wszystkim co działo się w mieście — kto nowy przybył, gdzie mieszka, czym się zajmuje. Tu też czerpaliśmy informacje co do życia codziennego miasta, tu zwłaszcza wieczorami prowadziliśmy długo w noc rozmowy i dyskusje na tematy polityczne, gospodarcze, a najczęściej na temat życia i jego trudności w mieście, na temat zmobilizowania już stałych mieszkańców do porządkowania, ulic, zorganizowania komórek administracji miejskiej. Tu obok nas oficerów komendy, przychodzili na rozmowy ci, którzy zajmowali się rzemiosłem i usługami, a więc młody elektryk, prowadzący zakład napraw radiowych i inni, którzy otworzyli zakłady ślusarskie czy mechaniczne, także kupcy, którzy już zorganizowali sobie warsztaty i placówki. Tu często przebywał p. Piotr Kozłowski, który przy ul. Goleniowskiej prowadził piekarnię, dalej Benedykt Smogulewski, prowadzący sklep rzeźnicki także przy ul. Goleniowskiej, Kazimierz Dembowski, stolarz, jeden z pierwszych mieszkańców, pierwszy komendant miejskiej komendy MO Władysław Owczarek i inni. Pod koniec lipca i w połowie sierpnia było ogółem w mieście około 70 rodzin polskich i pozostało jeszcze około 150 Niemców, przeważnie ludzi starszych, starców, kobiety i dzieci. Zresztą oni później sami przeszli do Niemiec drogą przez lotnisko, przekroczyli most na Regalicy, odnodze Odry. Już pod koniec lipca nowo przybyli repatrianci, którzy przeważnie przyjeżdżali pociągami, głównie z kierunku Poznania, przy równoczesnej repatriacji pozostałych Niemców na zachód. Nowo przybyli otrzymywali na dworcu gorącą kawę, mogli kupić chleb, także kiełbasę, dzięki zapobiegliwości niestrudzonej p. Hołyńskiej, która opiekowała się nowo przybyłymi organizując kuchnię na dworcu, gotowała tam kawę, sprzedawała produkty żywnościowe pierwszej potrzeby. A wiadomo, że podróż nie należała do przyjemności, była udręką, mozołem. W sierpniu obserwowało się duży napływ osadników, przez stację kolejową Dąbie przechodzili ci, którzy dalej jechali w kierunku Szczecina lub w tamten rejon. Ci przeważnie już nie jechali nieznane, często tworzyli zwarte grupy np. z Poznania, Gniezna, Leszna, Bydgoszczy, planowo podążali osiedlić się na nowym miejscu, zwerbowani w tych miastach przez działające już komitety osadnictwa na Ziemiach Zachodnich. Tu na dworcu mieli okazję napić się czegoś gorącego, coś przekąsić, gdyż pociągi do Szczecina co prawda odchodziły, ale jeszcze nieplanowo, przynajmniej osobowe. Było to uzależnione od transportów wojskowych zdążających z kierunku Szczecina, tzw. eszelonów. Będąc nieomal codziennie na dworcu, obserwowałem wzmożony ruch, gorączkę podróżnych, nerwowość wyczekiwania na odjeżdżający pociąg. Ludzie często pytali mnie, kiedy odjedzie pociąg w takim a takim kierunku — na ogół nie umiałem informować, bo sam nie wiedziałem, kierowałem pytających do dyżurnego ruchu czy innych kolejarzy, których już kilku mieliśmy, lecz i oni nie zawsze znali odpowiedź... Na dworcu kwitł handel wymienny. Tu przecież spotykali się ludzie z różnych stron Polski, powracający z Niemiec z przymusowych prac, mieli różne przedmioty do wymiany. Głównie chodziło o nabycie żywności, no bo nie każdy wędrował z zapasem jedzenia. Handlowano różnorodną odzieżą, butami przeważnie wojskowymi, bielizną, bimbrem, który tradycyjnie stanowił ważną monetę wymienną, obiegową, szczególnie z wojskowymi. Jak to w handlu bywa, niekiedy dochodziło do kłótni, zatargów i bijatyk. W takich wypadkach nieraz bywało, że musiałem odegrać rolę sędziego dochodzącego prawdy, gdyż mundur oficera z opaską biało-czerwoną na prawym przedramieniu z napisem Komenda Wojenna miał swoją wymowę, był synonimem powagi urzędu, który reprezentowałem, był symbolem władzy w mieście, bo też faktycznie Komenda Wojenna była zwierzchnią władzą wszelkich działających już komórek administracyjnych w mieście, zgodnie z zasadami i prawami ustalonymi swego czasu przez Konwencję Haską. W ciągu dnia przyjeżdżający do Dąbia, zachodzili często do komendy i pytali o możliwość stałego tu zamieszkania. Przeważnie tak postępowali kupcy, rzemieślnicy różnych zawodów, nieraz przybyli z całymi rodzinami. Wskazywaliśmy rejony możliwości osiedlenia się, notowaliśmy — kto przybył, skąd, jaki reprezentuje zawód, z czym przyjechał czy przybył. Rzemieślnicy mieli przeważnie własne narzędzia pracy. Niektórzy z nowo przybyłych na własną rękę wyszukiwali sobie mieszkania. Byli i tacy, którzy skrzętnie gromadzili na przykład meble i cichaczem chcieli jeszcze skrzętniej je wywieźć, ale już w sierpniu prawie było to niemożliwe. Nasze częste kontrole w mieście, na dworcu, uniemożliwiały taki pospolity szaber, a zresztą stali mieszkańcy sami pilnowali dobytku, przecież im też chodziło o to, aby jak najwięcej nowo przybyłych tu pozostało. W niedzielę w komendzie wojennej służbę pełnili tylko ci, którzy byli wyznaczeni. Reszta naszej szczupłej załogi wychodziła do miasta, odwiedzali domy osadników, wszędzie mile widziani. Janek Gorzkowski, ten niezmordowany majster-klepka, nie wiem skąd wytrzasnął motocykl, ale fakt pozostanie faktem, że go miał. Z pułku wydusił zawsze benzynę, jeździł nim po mieście, jeździł na lotnisko...
4494 Wyświetleń | 0 Komentarze | Oceny: (1 Ocen)
Opcja komentarzu dla tego została wyłączona.
Działa na MySQL Działa na PHP Powered by SMF 1.1.7 | SMF © 2006-2007, Simple Machines LLC
TinyPortal v0.9.8 © Bloc
Modyfikacja i przystosowanie przez rwpb i Fitek
Prawidłowy XHTML 1.0! Prawidłowy CSS!