Jedyny Portal Prawobrzeza
24 Sierpień 2017, 01:16:46 *
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
Aktualności: Używamy plików cookies w celu optymalnej obsługi Państwa wizyty na naszej stronie. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
 
   Strona główna   Forum Pomoc Szukaj Zaloguj się Rejestracja  
16 Listopad 2009, 19:27:00
Historie Prawobrzeża
"Załom" dobiega trzydziestki. Niemal trzydzieści lat ternu, wiosną 1958 roku w halach pachnących jeszcze zbożem, które wcześniej było tu magazynowane, rozpoczął się ruch. Zaczęło porządkować i remontować pierwsze pomieszczenia, przygotowywać je do montażu pierwszych maszyn, które wkrótce miały nadejść. 22 lipca,  jak chcą kroniki Załomskie, fabryka dała pierwszą produkcję.

Trzydzieści lat to jeszcze nie wiek sędziwy, raczej dojrzała młodość. Ale niewielu tylko obecnych członków naszej fabrycznej załogi sięga pamięcią tak daleko, a jeszcze mniejsza grupa miała okazję startować do pracy jednocześnie z "Załomiem". Tym wszystkim chcemy przypomnieć historię naszej fabryki, ludzi, którzy ją tworzyli i do dzisiaj pracują. Przypomnieć historię właśnie poprzez zasłużonych dla "Załomia", których sylwetki pragniemy zaprezentować na łamach naszej gazety w przededniu fabrycznego jubileuszu.


Dziś przedstawiamy inżyniera Karola Żelaznego, głównego dyspozytora fabryki. W kolejnych numerach będziemy przedstawiać naszych zasłużonych. Nie brakowało tylko entuzjazmu. Na spotkanie z reporterem przyniósł plik zdjęć i kawałek przewodu w niebieskim polwinicie. Te zdjęcia gromadził zapobiegliwie zdając sobie sprawę, że to przecież historia i być może , nikt już  nie dysponuje fotogramami, które dokumentują pejzaże sprzed lat trzydziestu. A przewód ?. Przewód pochodzi z pierwszej partii wyprodukowanej w Załomiu. Wziął z niej pół metra, nawinął na krążek i tak zachowała się cząstka pracy i materialny dowód dokonań, z których wtedy wszyscy byli bez przesady dumni.



Inżynier Karol Żelazny, lat sześćdziesiąt trzy, po studiach politechnicznych, jeden z najstarszych stażem pracowników naszej fabryki, także wśród kadry kierowniczej, a jednocześnie senior wśród pracowników kablownictwa, z którym związany jest od lat z górą czterdziestu. Główny dyspozytor fabryki, członek partii od lat prawie trzydziestu, obecnie sekretarz organizacyjny Komitetu Zakładowego. Przed wojną uczył się gimnazjum Św..Jacka w Krakowie, na Siennej. Wtedy jeszcze wiele nie myślał o technice. Myślał: może literatura, może coś z Boya, albo z Mickiewicza? Zadecydowała za niego wojna, która przerwała nie tylko marzenia, ale i wszelkie plany. Po jej zakończeniu zdał maturę w liceum górniczo-hutniczym.

Był to rok 1947. Akurat szukano specjalistów do uruchomienia pieca do rafinacji miedzi, który w Krakowskiej Fabryce Kabli zbudował słynny zresztą z wyczynów lotniczych inżynier Scypio del Campo. Świeżo upieczonego maturzystę, zachęcił do pracy i polecił słynnemu inżynierowi, nie mniej znany profesor Akademii Górniniczo-Hutniczej w Krakowie. Aleksander Krzeptowski. Nie bez kłopotów uruchomiono piec i młody Karol Żelazny miał w tym swój udział. Potem przez kolejne siedem lat związany był z Krakowską Fabryką. Przez dwa pierwsze łączył prace ze studiami na AGH. Ale praca wciągała go coraz bardziej. Zyskał zawodowe ostrogi i dobrą opinię wśród szefostwa. Dlatego został niejako specjalistą od uruchomień. Takie zadanie przypadło mu w Czechowicach-Dziedzicach, potem w Ożarowskiej Fabryce Kabli. W latach; pięćdziesiątych szkolił jeszcze młodzież w Szopienicach i zanim dotarł nad Odrę, zatrzymał się na czas jakiś w Legnicy. Na dobrą sprawę nie było W Polsce kablowni, w której przyszły inżynier Żelazny nie zrobiłby czegoś pożytecznego. Wreszcie w kwietniu pięćdziesiątego ósmego został wezwany do ówczesnego ministerstwa. Otrzymał nowe zadanie: na Ziemiach Zachodnich miała powstać kolejna kablownia.



Adres brzmiał: Załom pod Szczecinem. Przyjechał w połowie miesiąca. Prosto z dworca z walizką w ręku ruszył na ulicę Malczewskiego. Tam właśnie w dwóch pokoikach na czwartym piętrze urzędowała cała firma. Zapukał, przedstawił się dyrektorowi i zaraz dostał angaż na kierownika - szefa produkcji. Zdążył jeszcze wpaść do hotelu Gryf, który, przez najbliższe miesiące miał być jego domem i niedługo potem jechał już do Załomia. Gdzieś w lesie trafił inżynier Żelazny na hale ukryte wśród wysokich sosen. Przed portiernią kwitły pierwsze kwiatki na rabatce. W bramie stał przyszły komendant zakładowej straży Jan Wirażka a w magazynie spotkał Józefa Strycharka, z którym potem przez długie lata pracował w kablowni. Ruszył na pierwszy obchód terenów, które miały być fabryką kabli. Wspomina teraz: "Pierwsze dni zajęło rozpoznanie  przeciwnika. Zacząłem się uczyć terenu, obejrzałem, załomski majątek, nawiązałem kontakt z inżynierem Mieczysławem Wex-Monasterskim generalnym projektantem Prozametu", człowiekiem, który wymyślał fabrykę. Tak zaczęły się dni mozolnej pracy. Wszystkiego należało doglądnąć, wszędzie być. Wieczorami wracałem do hotelu skonany i waliłem się w ubraniu na łóżko. Ale powoli zaczynały być widoczne efekty naszej pracy. Nieustannie wyjeżdżały z załomskich magazynów wagony ze zbożem i zaczęliśmy mieć pierwsze wolne powierzchnie. W maju prawie całkowicie wygospodarowaliśmy w ten sposób hale numer siedem. Tu właśnie za planowałem montaż pierwszych maszyn. W maju też z Polskich Zakładów Zbożowych zyskaliśmy pokaźne wsparcie osobowe. Bodaj dziesiątka osób, które nie miały już co robić w likwidowanych magazynach zadeklarowała chęć pracy w nowej firmie. Widać było, że przemysł, choć jeszcze w stanie narodzin podziałał już na wyobraźnię. Duża fabryka w Załomiu — to mogło być coś ! Tamte narady ! Wszystkie były ważne. I jakie ciężkie od problemów, które trzeba było rozwiązywać natychmiast. Na jednej z takich narad doszliśmy do wniosku, że najwyższy już czas uruchomić pierwszą produkcję. Miały to być przewody gołe - linki aluminiowe.

W tym czasie akurat Centralny Zarząd Przemysłu Kablowego zaproponował nam dwie prototypowe skręcarki cygarowe, które wcześniej wyprodukowała Baza Maszyn Kablowych w Krakowie. Maszyny stały tymczasem bezużytecznie w Fabryce Przewodów Energetycznych w Będzinie. My mieliśmy zrobić z nich użytek. Skręcarki miały dać początek fabryce. Pojechałem do Będzina. Skręcarki stały tam od roku częściowo w elementach i nikt nie próbował nawet ich uruchomić. Obejrzałem je sobie dokładnie i doszedłem do wniosku, że choć nie są najnowocześniejszej konstrukcji, pozwolą na opłacalną produkcję linek aluminiowych. Po oględzinach zasiedliśmy sobie z dyrekcją zakładów w Będzinie i ustaliliśmy, że przeszkolą grupę pracowników tak, abyśmy mieli z tych urządzeń pożytek. Będzińska kablownia zobowiązała się nadto, że w pierwszym okresie dostarczy nam goły drut aluminiowy w kręgach o wadze około trzydziestu kilogramów. Start był coraz bliżej. Teraz wszystko już szło coraz sprawniej. Przywieźliśmy te będzińskie skręcarki do Załomia. Wkrótce zaczął się montaż urządzeń w odpowiednio już przygotowanej hali numer siedem. Do Będzina pojechała pierwsza ekipa na przeszkolenie. Pamiętam, że byli wśród nich Anna Plizga, Krystyna Hałuza, Maria Michalik, Józef Grzelak, Stanisław Ptak, Józef Jana, Jan Peszko, Konstanty Komorowski i Henryk Bartosiewicz. Kiedy przyszli ciągacze i skręcacze szkolili się w Będzinie, my na miejscu dorabialiśmy elektryczne rozruszniki nożowe oraz inne brakujące części do skręcarek. Równocześnie odbywał się montaż maszyn. Ale na początku zawsze jest entuzjazm, Gorzej potem kiedy przychodzi już systematycznie pracować. Ale wtedy pracowaliśmy po kilkanaście godzin na dobę i byliśmy nieprawdopodobnie zmęczeni. W pierwszych dniach lipca, maszyny były zmontowane, gotowe. Wkrótce z Będzina miała nadejść pierwsza partia drutu aluminiowego. Stamtąd wrócili też ludzie po intensywnym szkoleniu z kwalifikacjami ciągaczy i skręcaczy. Właściwie nic już nie stało na przeszkodzie uruchomienia produkcji. Chcieliśmy, aby fakt miał uroczystą oprawę. Święto Odrodzenia stwarzało taką okazję.



Próba odbyła się w wigilię święta 22 lipca zjawiliśmy się w komplecie - cała nieliczna jeszcze załoga w hali numer siedem. Było to rano, choć nie za wcześnie. Na dany przez dyrektora Sierpińskiego znak ruszyły skręcarki. Pierwszą linkę nawinięto na dwa bębny drewniane o średnicy jednego metra. Tarcze bębnów zostały pomalowane na niebiesko. Na nich czarnymi literami napisano 22 lipca 1958 r. K-15 ZAŁOM". Co tu dużo mówić - byłem wzruszony... Ale nie było czasu na wzruszenia. Początek został zrobiony, lecz na dobrą sprawę fabryka ciągle znajdowała się w pierwszej fazie budowy. Czekaliśmy na kolejne maszyny. W końcu 1958 roku, z Anglii miały przyjść wytłaczarki do polwinitu firmy "Shaw". Tymczasem nadeszła pierwsza partia krajowego polwinitu suspensyjnego. Wtedy jeszcze przymiotnik suspensyjny niewiele nam mówił. Maszyny trafiły z kilkumiesięcznym opóźnieniem. W lutym zaczął się montaż, w marcu pięćdziesiątego dziewiątego ruszyła pierwsza wytłaczarka. Mieliśmy uruchomić na niej przewody typu "YADY" o przekroju dwóch i pół milimetra kwadratowego. Prób czyniliśmy wiele i żadna nie przyniosła oczekiwanego rezultatu. Polwinit na przewodzie miejscami dziwnie pęczniał, był porowaty. W końcu doszliśmy powodu wad - suspensyjny znaczyło, że polwinit był wrażliwy na wilgoć, którą chłonął z otoczenia. Trzeba było czekać na kolejną dostawę polwinitu tym razem z Jugosławii. Teraz z produkcją przewodów poradziliśmy sobie dobrze. Ale praktycznie każde nowe uruchomienie przynosiło jakieś niespodzianki. Nie wszystkie wynikały z braku naszego doświadczenia. Tak było na przykład z ciągarką Robertson, która miała źle skonstruowany detal - ramkę wirującą zrobioną z jednolitej rury stalowej - co praktycznie uniemożliwiało pracę całego urządzenia. Był to błąd konstrukcyjny, który potem naprawiał producent.

Po Robertsonie", przyszły ciągarki z Węgier, potem skręcarki dławiące, Załom stawał się kablownia z prawdziwego zdarzenia. Kiedy Fabryka okrzepła, Karol Żelazny uznał, że czas najwyższy wziąć się. za swoje życie prywatne. Zabrał się do tego równie energicznie,  jak do poprzednich działań służbowych, W efekcie tych starań ożenił się, dorobił dwóch synów, zorganizował dom. Zamieszkał w centrum miasta w dwóch pokojach z kuchnią przy ulicy Małopolskiej i dotychczas tu mieszka. Jeden z synów pracuje w Załomiu, w dziale planowania i studiuje zaocznie ekonomię na Uniwersytecie Szczecińskim. Drugi jest teraz na trzecim roku Wydziału Elektrycznego Politechniki Szczecińskiej i marzeniem ojca jest, aby także podjął pracę w Załomiu.

Kiedy jednak inżynier Żelazny zorganizował swoje życie osobiste, zaczął mu jakby doskwierać brak celu. Zrozumiał, że przez całe swoje pracowite życie ciągle za czymś biegał i coś nieustannie załatwiał. A tu nagle spokój, cisza obrastanie w nowe sprzęty i przyzwyczajenia. Kiedy więc stuknęła mu pięćdziesiątką, zapisał się na studia politechniczne w Poznaniu, aby dokończyć wyższą edukacja, którą w czasach młodości zaczął na Akademii Górniczo - Hutniczej w Krakowie. Niebawem był jednym z najlepszych studentów, ze średnią powyżej czterech i pół. Uczelnia nawet wystosował pismo do fabryki, z uznaniem dla postępów w nauce swego studenta. W fabryce też spotkał się z dużym uznaniem, jako ze ucząc się i pracując nie zaniedbał aktywności na innych polach, zwłaszcza w działalności partyjnej. Ta aktywność jest jego cechą. Można zauważyć, jak chodzi szybkim krokiem, prawie biegiem. Nigdzie nie lubi przesiadywać zbyt długo, przegadywać bez celu kwadranse czy godziny. Jeśli idzie gdzieś, to na pewno jest to konieczne. I tak się składa, że na jego pracę nikt nigdy nie narzekał i nie narzeka. Odwrotnie nawet. Krzyż Kawalerski, który dostał niedawno jest również tego dowodem. Teraz mówi, że nie żałuje decyzji, którą powziął przed trzydziestoma laty, oraz tych prawie trzech dziesiątków lat, większej części dorosłego życia, które pracował w Załomiu. Fabryka wyrosła na najlepszą i najnowocześniejszą w branży. On zaś, był nie tylko świadkiem przemian. I jeszcze jedno. Choć jest w zasadzie Krakusem z dziada, pradziada, za nic już nie wyprowadziłby się ze Szczecina. Podobnie myślą jego synowie.
5329 Wyświetleń | 4 Komentarze | Oceny: (2 Ocen)

(4 Komentarze , 0 są nowe)
1 Re: Życie Załomia Rok XIV nr 22/23 1-31 grudnia 1987 - Nasi zasłużeni autor V-12 18 Listopad 2009, 02:57:33
Ciekawa historia, zwłaszcza dla ludzi mocno związanych z Załomiem i fabryką. Cieszy patriotyzm opisywanego człowieka. Ciekawe również, kto jest autorem tekstu? Uśmiech
2 Re: Życie Załomia Rok XIV nr 22/23 1-31 grudnia 1987 - Nasi zasłużeni autor slazmi 24 Listopad 2009, 07:16:11
Do artu zostały dodane oryginalne foty, Zapraszam.
3 Re: Życie Załomia Rok XIV nr 22/23 1-31 grudnia 1987 - Nasi zasłużeni autor slazmi 17 Grudzień 2009, 19:12:56
Autora tekstu nie udało się ustalić
4 Re: Życie Załomia Rok XIV nr 22/23 1-31 grudnia 1987 - Nasi zasłużeni autor slazmi 14 Styczeń 2010, 22:15:42
Już niedługo, bo 27-01 bohater powyższego artykułu PAN KAROL ŻELAZNY będzie obchodził 86 urodziny. Wszystkiego najlepszego, a przede wszystkim zdrowia  PANIE KAROLU !
Opcja komentarzu dla tego została wyłączona.
Działa na MySQL Działa na PHP Powered by SMF 1.1.7 | SMF © 2006-2007, Simple Machines LLC
TinyPortal v0.9.8 © Bloc
Modyfikacja i przystosowanie przez rwpb i Fitek
Prawidłowy XHTML 1.0! Prawidłowy CSS!