Jedyny Portal Prawobrzeza
24 Sierpień 2017, 01:21:28 *
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
Aktualności: Używamy plików cookies w celu optymalnej obsługi Państwa wizyty na naszej stronie. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
 
   Strona główna   Forum Pomoc Szukaj Zaloguj się Rejestracja  
04 Wrzesień 2010, 08:39:00
Historie Prawobrzeża
Autor wspomnień, ppor. Marian Wieczorek w kwietniu 1945 roku przybył do Dąbia wraz z macierzystym 43 pułkiem piechoty 12 DP. Od maja do września 1945 roku pełnił funkcje zastępcy, a później komendanta wojennego miasta Stary Dąb (Dąbie). Do jego obowiązków należała organizacja życia cywilnego na terenie miasta, a w szczególności zapewnienie bezpieczeństwa i porządku publicznego, wsparcie akcji osiedleńczej, a także wysiedleń Niemców. Prezentowany materiał nie jest nowy, był on drukowany, we fragmentach, w różnych periodykach. W całości ukazał się w roku 1985, w Tryptyku Szczecińskim opracowanym przez Mariusza Czarnieckiego, jako jego rozdział p.t. Ogrody pełne wraków - relacja komendanta wojennego. Zwięzła relacja opisuje zniszczenia wojenne miasta, problemy bytowe pierwszych osadników, stan bezpieczeństwa, zarysowuje także sylwetki poszczególnych mieszkańców-pionierów miasta Dąbie. Zapraszam zatem do Starego Dębu: miasta ruin, szabrowników, maruderów Wehrmachtu i polskich osadników. I Godzina 6 rano. Jeszcze ciemno. W pokoju przy szosie , gdzie śpię na starej kanapie bez nogi, w spodniach i mundurze z rozpiętym kołnierzem, chrapią obok mnie mój szef plutonu sierżant Głowacki, kapral Jan Nowak, woźnica naszego plutonu i dwóch żołnierzy. Leżą pokotem na słomie na podłodze nakryci kocami tak jak ja. Podchodzę do okna: bieli się pole, na drodze widać świeży , ale mokry śnieg, bo się lepi. Zapalam kopciuch, naszą lampę naftowa, którą wozi ze sobą woźnica, Jest nam wprost niezbędna, bo gdzie tylko zatrzymujemy się, wszędzie brak światła, elektrownia albo zniszczona, albo nieczynna, a druty pozrywane. Chyba się ogolę brzytwą, trochę się umyje, czuje się dość wypoczęty. W pokoju ciepło. Chłopaki z plutonu zanim położyli się spać, napalili w piecach. Dziś rano końcowy wymarsz do celu, do miasteczka Stary Dąb pod Szczecinem. Podobno miasteczko mocno zniszczone, zbombardowane, spalone. Jak się wkrótce przekonałem, odpowiadało to prawdzie. Około godziny 7 mamy wymaszerować. Trzeba będzie obudzić szefa i resztę żołnierzy. Pójdę do sąsiednich zabudowań gospodarczych, gdzie kwateruje mój pluton. Tam też są rusznice. Trzeba ludzi pobudzić, przygotować wszystkich do wymarszu. Poprawiam zmięty mundur, gole się przy kopciuchu bez lusterka, tak na pamięć, ręką sprawdzam czy się dobrze ogoliłem, nie bardzo mi to idzie, ale ostatecznie... Chętnie napiłbym się czegoś gorącego, ale skąd tu wziąć? Szef sam się budzi, pyta o godzinę, narzeka, ze kiepsko spał, niewygodnie leżeć w mundurze. Wstaje, zapala śmierdzącego skręta w gazecie, cos tam pod nosem mruczy, chyba hymn pochwalny na temat pogody, bo gdy tylko spojrzał w okno, uchwyciłem słowa: cholera z taka pogoda, niech to diabli i ... cos tam jeszcze dorzucił do bukietu słownej wiązanki. Wkrótce pobudził resztę i po dziesięciu minutach wyszedł z Nowakiem do znajdujących się obok zabudowań gospodarskich urządzić, jak to mawiał, lotnika (co oznaczało powstań i to zaraz). Trochę doprowadziłem się do porządku, zabrałem płaszcz, pas z pistoletem, torbę, mapnik i byłem gotów do wyjścia. Zbudziłem dwóch żołnierzy, wstali z pewnym ociąganiem, powiedziałem im, aby uporządkowali z grubsza pokój, wynieśli na podwórze słomę i złożyli w jednym miejscu albo zanieśli do stodoły. W pokoju jakaś stara szafa z wyrwanymi drzwiami, kilka obrazów lichej reprodukcji, stół, dwa krzesła, z ram okiennych zwieszają się podarte firany. Widać ze Niemcy wywieźli wszystko, co miało jakąś wartość. W kuchni stary wyblakły kredens, kiedyś chyba na biały kolor pomalowany, w górnej części na szybach wymalowane olejną farba owoce na półmisku. W kredensie trochę rzeczy kuchennych – fajansowe talerze, półmiski, kamienne garnki bez ucha, trochę pustych szkieł Wecka po marynatach, piec kaflowy, taka westfalka na węgiel, trochę rozrzuconego węgla, jakieś papiery, listy, fotografie podarte w drobne kawałki, rolki filmu, porozrzucane jakieś ziarna (morze nasiona?), wysypana mąka. Czuć wilgocią i stęchlizna. Na suficie duże, śniado brązowe zacieki wody. Widocznie dach coś tam w nieporządku. Prawie czarne, ohydne smugi w niektórych .miejscach ciągną się od sufitu po ścianie aż do podłogi. Po lampie pozostał tylko hak i częściowo wyrwany przewód elektryczny zwisający z sufitu.-W rogu wąskie drzwi prowadzą do komórki czy spiżarni. Trochę pustych szkieł do zapraw, trochę gumo-wych .krążków, butelki po winie walają się po podłodze, mała beczka pusta, na dnie spleśniała kapusta wyfermentowana. Jakiś stojak żelazny, .kilka pobitych garnków emaliowanych, kilka szkieł . z opróżnionymi konfiturami, kawał sznura do suszenia bielizny, jakaś wanna przestrzelona, kilka obrazów familijnych wala się wśród papierów. Obok spiżarni łazienka. W wannie brudna woda, muszla zbita, wszędzie niemiły zapach stęchłego powietrza. Małe okienko wychodzi na podwórze, stąd też widać w głębi stodołę, chlewik, obok ogródek warzywny. Jest to małe gospodarstwo. Wychodzę na zewnątrz, mijam małą werandę i staję na szosie. Jest piętnaście minut po siódmej, a więc już dość późno. Powietrze czyste, śnieg zalega pola, drogę, niczym nie zmącona cisza. Raz po raz zapieje kogut — jakimś cudem tu się uchował, zaszczeka z dala pies. Wnet ubieramy się wszyscy i wychodzimy przed zabudowania gospodarcze na zwykłą drogę, główną ulicę wsi, zresztą małej, z dość dobrze utrzymanymi budynkami i zabudowaniami. Właściwie nic nie wskazuje na to ze wieś leży na głównym kierunku pochodu l Frontu Białoruskiego. Zabudowania gospodarcze nie ucierpiały, widocznie wojsko nie napotykało tu na żadne poważniejsze przeszkody. Obudowania zagród całe, niekiedy tylko drewniane płoty, ogrodzenia domostw czy ogrodów wyszczerbione. No, tak! Przed nami już wędrowało wojsko, zapewne też i różni cywile, którzy tu zatrzymywali się, gdzie tylko znaleźli kawałek drewna rozpalali w piecach opuszczonych domów ogień, gotowali strawę, spali i dalej wędrowali — jedni z Niemiec do stron rodzinnych, inni dalej na obszar dopiero co wyzwolony. Dla nich pozostawione, nie tknięte gospodarstwa, różnoraki majątek nie były ponętne. Dla nich energią, niespożytą siłą popychającą do kraju, była troska i niepokój o najbliższych. Czy żyją? gdzie są? Inni znów wędrowali niespiesznie, często zatrzymywali się, przeglądali puste domostwa, szukali, gdzie by się na dobre osiedlić. Już na drodze przebiegającej przez wieś, długiej typowej ulicówce, zbierają się żołnierze, plutony, kom panie w pełnym rynsztunku. Wnet droga zasłana piękną powloką śniegu zamienia się w brudno szarą masę błota. Idę krokiem trochę ociężałym, poprzedniego dnia przeszliśmy niemało kilometrów, bez mała czterdzieści, drogą miejscami ponurą, przez wsie kompletnie spalone. Robię krótki przegląd plutonu Mam trzydziestu dwóch żołnierzy, pełny pluton, siedem typowych radzieckich rusznic ppanc, w tym cztery typu Simsona — pięciostrzałowych. Zdawkowo zagaduję chłopców, są trochę jeszcze ospali, zmęczeni. Spali w oborze; gospodarz autochton zdołał uchronić dwie krowy i dwie świnie, co stanowi nie lada wyczyn na linii frontu. Spali, jak mówią, dobrze choć nie bardzo wygodnie, gdyż wiało z rozbitego okna. Mówię im, że to ostatni etap, że stąd idziemy już do miejsca postoju do miasteczka Stary Dąb, do którego stad mamy około 25 kilometrów z okładem. Tam podobno będziemy zakwaterowani na wojskowym lotnisku w blokach wojskowych byłego niemieckiego pułku, w zabudowaniach pomocniczych, a nawet w hangarach. Dowiedziałem się o tym na od-prawie oficerów pułku, na której dowódca zapoznał nas z ogólną trasą marszu, tokiem dziennych zajęć oraz ogólną sytuacją w terenie, po którym się poruszamy. Moi ludzie mają karabiny radzieckie, plecaki-worki, łopaty, łopatki saperki, na wozie gospodarczym wiezie-my amunicję, trochę rożnych drobiazgów. I ja mam tam swój osobisty karton, a w nim bochen chleba, trochę kiełbasy i dziesięć jaj, otrzymałem te smakołyki wczoraj podczas przemarszu przez wieś. gdzie witali nas serdecznie, z płaczem i entuzjazmem Polacy już tu zasiedli na dobre: w drodze z niewoli, z obozów pracy tu się zatrzymali: witali nas tez autochtoni mówiący mieszanym językiem polsko-niemieckim, takim swoistym, który jednak rozumiałem Pluton ustawia się na drodze w SZYKU marszowym. Przed nami jakaś kompania strzelecka już stoi gotowa do wymarszu Mija mnie szef pułku na koniu, za nim oficer polityczny, mijają nas różne wozy spieszące na tyły do ciągu taborów Idzie przecież cały pułk już bo-daj w normalnym etatowym składzie, a wiec obok jednostek pułkowych kuchni, zwykły tasiemiec taborowy, gospodarczy, płatniczy, kuźnia i rusznikarnia. Samochodów mamy mało, tylko kilka 3-tonowych studebackerów i bodaj trzy wilisv, a poza tym to rozmaite wozy gospodarcze z różnym zaprzęgiem. Nawet widzę typowe, długie, wąskie, wozy kresowe z okolic zza Buga. Droga częściowo brukowana kamieniem polnym, choć są tez odcinki wykładane kostką granitowa. Lepi się śnieżne błocisko do żołnierskich butów Czuć w powietrzu pełną odwilż Mijamy ostatnie zagrody. Cisza. Nie słychać porykiwania bydła, szczekania psów. Niemcy opuszczając wioskę pognali bydło na drugą stronę Odry. Podążamy normalnym krokiem marszowym, trzymając przepisowe odległości pomiędzy plutonami. Pola równe, szare, gdzieniegdzie kępy drzew — chyba wierzb?—Wije się wąski ciemno stalowy strumyk, wyraźnie odcinający się od pobielonych śniegiem brzegów. Ziemia łaciata: to czarny ugór, to znów biała plama śniegu, tam kałuże wody. Miejscami ziemia pokopana, odcinki rowów strzeleckich — punktów oporu — już trochę zdeformowane, tu i ówdzie leży porzucony sprzęt, jakieś pudła, skrzynie po amunicji, rozbite, powywracane wozy, pierwsze wypalone dwa niemieckie czołgi. Robi się. szaro, pochmurno. Dość płaska równina, nie ma gdzie zahaczyć oczu. W dali w polu sterczą stogi słomy, nie-które z nich porozrzucane po polu tworzą szarobrązowe plamy. Za wsią mijamy duże zabudowania folwarczne obramowane dość wysokim murem. Brama wejściowa otwarta, jeden z filarów frontowych przewrócony. Na drugim filarze jakaś poszczerbiona figura: niby-popiersie jakiejś alegorycznej postaci. Tuż za okalającym mu-rem z czerwonej cegły widać dość duży staw. Wokoło stawu różne przedmioty: porzucone walizki poprute, po-otwierane, połamane części wózków dziecięcych, różne blaszane pordzewiałe puszki, zwoje drutu kolczastego. W pewnej chwili dołącza do mnie jeden z żołnierzy plutonu, chce, widzę, nawiązać rozmowę, pewnie mu markotno. Częstuje mnie papierosem, zapalamy. Pyta czy znam Poznań. Odpowiadam, że znam nieźle, ponieważ do chwili wybuchu wojny, będąc nauczycielem w Nowym Tomyślu i Lwówku, często do Poznania dojeżdżałem, tam też podjąłem studia na Wyższym Kursie Nauczycielskim. Wolnym krokiem idę wzdłuż szosy, w grupkach sto-ją lub siedzą żołnierze na .kamieniach, kawałkach drew-na, na kupkach piasku po obu stronach szosy. Tak, to mój pluton. Mam w nim trzech podoficerów kaprali, szefa w stopniu sierżanta, dwóch starszych strzelców. Pochodzą z różnych stron Polski, ale przeważnie poznaniacy i ci z okolic Bydgoszczy czy Włocławka. W naszym pułku mamy dość dużo ludzi zza Buga, dużo oficerów z terenów Związku Radzieckiego, mówiących po polsku z trochę dziwnym akcentem {dawne rody polskich sybiraków). Ze względu na brak kadry mamy też w batalionach oficerów-instruktorów Rosjan, gorzej lub lepiej znających nasz język, tak że można się wzajemnie porozumieć, choć nieraz wypada to humory-stycznie. Ja znam język niemiecki, może słabo, ale rosyjskiego nie znam wcale. Są pewne słowa czy wyrażenia bardzo podobne do polskich, to trochę pomaga. Idę do plutonu strzeleckiego, nieopodal spotykam porucznika, z którym jakiś czas wspólnie maszerowałem. Mówi, że za jakieś dwie, trzy godziny będziemy mijali miasteczko Altdamm — Stary Dąb, mamy przed sobą około dziesięciu kilometrów drogi. Na linii horyzontu, po obu stronach szosy widać, choć bardzo niewyraźnie, ciemną ścianę lasu, a więc pewnie za nim będzie już miasto. Kuchnia kończy wydawanie obiadu, wydaje kawę Zbliżamy się do końca lasu, drzewa młode, mocno przerzedzone, prawie bez poszycia. Dużo tu bałaganu. Po obu stronach szosy przydrożne rowy rozjeżdżone gąsienicami czołgów. Mijamy las, z drugiej strony otwiera się szeroka wstęga szosy, wpadająca do naszej drogi. Jest to, jak później się dowiedziałem, szosa zdążająca w kierunku Pyrzyc. Przecina ją rzeczka Płonia. Mostek betonowy trochę uszkodzony, na nim grube kłody chyba dla wzmocnienia. Rzeczka pełna różnego rodzaju gratów, drew i kamieni, resztki wózków, połamane koła od wozów, wrak niemieckiego samochodu osobowego z wypalonym wnętrzem... Bałagan, ślady ucieczki wojska i cywilów przed frontem wojsk radziecko-polskich. Na skrzyżowaniu dwóch szos wkopany słup z przybitą deską i z napisem czarną farbą: Na Berlin — na Szczecin. Zbliżamy się do pierwszych budynków. Pierwsze domy spalone. Sterczą okopcone kominy, płoty powywracane, ziemia zorana czołgami. Zabudowania ciągną się wzdłuż szosy po obu jej stronach. W głębi niektóre mniej lub bardziej uszkodzone, inne całe. Dużo rozbitego szkła, w oknach przeważnie brak szyb. Domy stoją otworem. Zabudowania gospodarcze częściowo zdewastowane. Słupy przewodów elektrycznych zwisają z plątaniny drutu. Mijamy wieś, w kilku zabudowaniach zamieszkują już ludzie, pewnie nowo przybyli osadnicy. Wychodzą na szosę, pozdrawiają nas, wykrzykują: „Wojsko jedzie, kochane nasze chłopaki", niektórzy mają łzy w oczach, idziemy mocno wzruszeni i mnie się to udziela, bo tak rzadko spotykamy żywego .człowieka, a cóż dopiero rodaków. Dzieci jakiś czas idą za nami. W marszu — bo się nie zatrzymujemy — rozmawiamy z nimi Przybyli z Białostockiego, tu się zatrzymali. Ciężko im, brak narzędzi rolniczych, brak koni do uprawy. Nie mają , żadnego inwentarza, ale są optymistami, wierzą, że wkrótce państwo pomoże. Mówią, że nie tak dawno przechodzące wojsko radzieckie pozostawiło we wsi kilka koni i teraz wzajemnie sobie wypożyczają Jest we wsi kilka koni, ale sterane wiekiem, kulawe, wałęsające się po pobliskich łąkach, jednak zawsze to konie. Już wyłaniają się zarysy domów miasta Dąbie. Na wprost przed nami czernieje duży, fabryczny gmach, widać też ciemną ścianę drzew Z prawej strony niewyraźne kształty budynku, myślę, że to pewnie dworzec kolejowy. Nowak mówi, że miasto jest mocno zniszczone moździerzami, tu był punkt oporu wojsk niemieckich przed przeprawą przez Odrę. Teraz ściągam pluton na szosę, maszerujemy czwórkami, jak zresztą czy-nią to inne pododdziały. Mijamy tory kolejowe przecinające szosę, a więc ten budynek z prawej strony to dworzec Przed dworcem grupka ludzi z tobołkami przygląda się nam, skromnie ubrani, krzykiem i radością witają nas. Pytamy dokąd idziemy. Przed dworcem morze ruin. Po prawej i lewej stronie ruiny, ruiny i ruiny, sięgają daleko w głąb miasta. Cóż to, miasto ruin? Czy to jeszcze jest miasto? Straszne pierwsze wrażenie. Nic nie mówimy do siebie Mijamy zerwaną ścianę kina, bo pozostał napis: Kino. Naprzeciw duży, rozległy park, połamane, strasznie okaleczałe drzewa, pełno różnych odpadków, śmieci, skrzyń, wykopane rowy stanowisk strzeleckich. Widać niskie zabudowania betonowych schronów, zapewne dla cywilów niemieckich Boże! czy tu nic nie ocalało? Skręcamy w prawo dokąd kierunek wskazuje nam jeden z naszych żołnierzy stojący na środku jezdni z czerwoną chorągiewką, mijamy kościół ewangelicki o gotyckiej budowie Myślę, że jesteśmy w pobliżu śródmieścia. Domy już mniej zniszczone, no, nareszcie. coś zostało. Ulice częściowo uporządkowano, choć jeszcze leży tu i tam gruz i inne odpadki Znów skręcamy. Spotykamy ludzi starszvch i młodszych, dzieci, idą z nami, zbliżają się do żołnierzy, rozmawiają z nami, stawiają wiele pytań. Niektórzy przybyli z Warszawy, mieli trochę rzeczy, ale zabrano im po drodze, mówią iż tu jeszcze nie bardzo bezpiecznie rożni się kręcą, niekiedy zdarzają się napady, rabunki, grabieże, a nawet morderstwa. Chodzą tacy niby to w mundurach wojskowych, niby po cywilnemu, niby szukają Niemców, a przy tej okazji kradną. Oglądamy domy, wille częściowo zburzone lub spalone, ogrody. Wiele ogrodów bez ogrodzenia. Domy przeważnie znajdują się w głębi ogrodów. Przy drodze kilka mogił z drewnianymi krzyżami, a na nich płaskie hełmy. To może z armii sojuszniczych, kto wie, czy nie lotnicy polegli daleko od swej ojczyzny. Dalej ciągną się rozległe łąki z wysokimi badylami, kępami brudnej wyschniętej zeszłorocznej trawy — to rejon Regalicy, odnogi Odry. Z dali wyłaniają się długie budynki, pewnie hangary, częściowo oszklone. Płaska równina a więc to lotnisko, miejsce naszego postoju, do którego zdążamy. Wiemy z ostatniej odprawy, że tu się zatrzymujemy, tu będzie postój naszego pułku piechoty.
4567 Wyświetleń | 3 Komentarze | Oceny: (3 Ocen)

(3 Komentarze , 0 są nowe)
1 Re: Wspomnienia komendanta wojennego m. Stary Dąb V - IX 1945 autor Swaq 04 Wrzesień 2010, 10:00:34
Bardzo dobre. Opisy są przepiękne, choć dotyczą zniszczeń, ludzkiej tragedii. Dzięki za art.
2 Re: Wspomnienia komendanta wojennego m. Stary Dąb V - IX 1945 autor slazmi 06 Wrzesień 2010, 23:04:00
Trochę ciężko się czyta, wątki i myśli przeplatają się niespodziewanie, ale obraz powojennego, brutalnie odmienionego świata jest, z niemalże reporterską dokładnością, ukazany. Duża doza informacji i takich bardzo osobistych refleksji oraz opisów obrazujących okrucieństwo i bezsens wojny.
Tematy to trudne i często już zapominane... dobrze, że znowu wypływają na powierzchnię - ku pamięci i przestrodze.
3 Re: Wspomnienia komendanta wojennego m. Stary Dąb V - IX 1945 autor gryf127 11 Wrzesień 2010, 15:39:13
Ważne że w ogóle są chętni do dzielenia się wspomnieniami .
Jest ich coraz mniej ,jeżeli ich zabraknie zaczną powstawać jak "grzyby po deszczu" mity i mało wiarygodne opowiastki.
Opcja komentarzu dla tego została wyłączona.
Działa na MySQL Działa na PHP Powered by SMF 1.1.7 | SMF © 2006-2007, Simple Machines LLC
TinyPortal v0.9.8 © Bloc
Modyfikacja i przystosowanie przez rwpb i Fitek
Prawidłowy XHTML 1.0! Prawidłowy CSS!