Jedyny Portal Prawobrzeza
24 Sierpień 2017, 01:19:35 *
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
Aktualności: Witamy w Portalu Prawobrzeża Szczecina i zapraszamy do rejestracji. Jako zarejestrowany i zalogowany użytkownik możesz znacznie więcej.
 
   Strona główna   Forum Pomoc Szukaj Zaloguj się Rejestracja  
19 Wrzesień 2010, 16:35:00
Historie Prawobrzeża
Niektóre domy po prawej i lewej stronie mocno postrzelane, tynk upstrzony dziurami od broni maszynowej, niekiedy dach uszkodzony. Dość dużo domów całych. Niektóre już zamieszkałe, o czym świadczą firany wiszące w otwartych oknach, nawet na parapetach okien postawiono już doniczki z kwiatami. Wreszcie spotykamy kilku mężczyzn idących przed nami. Dochodzimy do nich, zagadujemy, gdzie mieszkają, kiedy przyjechali, co w tej chwili porabiają. Idą coś zakupić z żywności, za kościołem jest otwarty sklep spożywczo-wielobranżowy prowadzony przez rodzinę Hołyńskich. “Panie poruczniku, to sklep gdzie nieomal wszystko można dostać" Jeden z mężczyzn objaśnia gdzie są czynne dwie piekarnie, ba, nawet rzeźnik, choć w sklepie brak jeszcze wyrobów mięsnych. Oto pierwsze, konkretne, wiadomości o zaczątkach życia miasteczka. Postępujemy wolnym krokiem dzisiejszą ulicą Emilii Gierczak, skręcamy w ulicę Anieli Krzywoń. Z dala widać strzelistą wieżę kościoła. Zdążamy w tym kierunku. Rozglądamy się... Chcemy zadecydować, który budynek stanie się Komendą Wojenną miasta. Może ten? Jest dość obszerny, ma z tyłu zaplecze — duży ogród, jakieś szopy, nadbudówki. Ale nie, jednak nie bardzo nam się podoba. Mówię więc do Banasia: przejrzymy ulice bliższe centrum miasteczka, bo przecież komenda winna znajdować się w centrum, ze względu na możliwość dopatrzenia całości. Główne ulice najczęściej są zamieszkałe. Spotykamy kilkoro dzieci może w wieku od 4 do 7 lat, bawiących się piłką. Są ubrane skromnie. Dziewczynki w takich dziwnych, za kolanka sięgających sukienkach, na nóżkach bamboszki domowej roboty. Dwóch chłopców boso ugania się za piłką, którą dziewczęta rzucają o mur ,spalonego domu. No tak! Stara zabawa! Trochę przystanąłem w zamyśleniu, popatrzyłem i podążyłem za kolegami, którzy już zdążyli się oderwać dość daleko. Ogarnęło mnie wspomnienie z własnych dziecięcych lat, a także cofniecie się w przeszłość jest wspomnieniem sentymentalnym, mocnym ciepłem własnego przeżycia. Idę dalej, dochodzę do nich. Jezdnia ulicy wykładana kostką granitową. Przechodzimy obok domu piętrowego z zerwaną szczytową ścianą. Odcięta równo leży zwalona do ogródka- kwietnika przed domem. Widać zwisające, poszarpane ramy okienne, w jednym z pokoi stoi pianino zarzucone gruzem, z sufitu zwieszają się pozrywane przewody elektryczne, na ścianach wiszą jakieś obrazy, dużo rogów-wieńców jelenia. Ba, ciekawe! Jak to możliwe! Z łazienki w powietrzu zwisa wanna lekko oparta o belkowanie. Nie ma podłogi. Nie bardzo to wygląda na zrujnowanie przez artylerię, chyba ściana zwaliła się i opadła pod podmuchem bomby niepośledniej wielkości. Kilka domów jedno i dwupiętrowych ocalało, pomijając małe wyrwy w ścianach frontowych. Z okien zwieszają się tu i ówdzie flagi narodowe, a więc już tu Polacy mieszkają. Cieszy nas ten widok, nie będziemy tu tak sami. Janek Gorzkoś (Gorzkowski) mówi żartem: Marych, chyba zorganizujemy tu życie towarzyskie, bo ja już odwykłem od ludzi. Jestem też ciekaw, ile tu ludzi mieszka. Albo ja wiem? Poczekaj chwilę i to będziemy wiedzieć. Mija nas starsza kobieta w stroju chyba regionalnym, tak wyglądała jakby gdzieś z okolic Łowicza czy podwarszawskich, bo ma spódnicę w łowickie pasy, spódnicę obszerną koloru wypłowiało czarnego. Na głowie kolorowa wzorzysta chusta, spogląda na nas, pozdrawia — dzień dobry, odpowiadamy. Idziemy do skrzyżowania ulic. Chwilę przystajemy, namyślamy się, w którym iść kierunku. Do placu przy kościele widać mamy już blisko, bo poszczerbiona wieża wyłania się dość wyraźnie. Co prawda mamy jeszcze przed sobą dużo dnia, ale trzeba się pospieszyć. Wieczorem powinniśmy zdać majorowi meldunek, co i jak załatwiliśmy. Po krótkim namyśle skręcamy w prawo. Wchodzimy chyba w główną ulicę, bo jest dość szeroka, dość dobrze utrzymana. Na rogu dwupiętrowy dom, zamieszkały, o czym świadczą całe okna, odgłos donośnych rozmów rozchodzących się z pierwszego piętra. Dom cały, nie zniszczony, poza drobnymi uszkodzeniami tynku. Z okien drugiego piętra zwisają nasze flagi. Wzdłuż ulicy typowe mieszczańskie: domy w dobrym stanie. Dużo tu flag,a więc chyba jesteśmy na jednej z głównych ulic miasteczka zamieszkałego przez napływową ludność. Idziemy wolnym krokiem rozglądając się na prawo i lewo. Mijamy plac z lewej strony i już widać okazały budynek kościoła. Typowa budowla gotycka. Widać okaleczałą, szpiczastą wieżę kościoła, długie gotyckie witraże powybijane, częściowo odłamane sztukaterie okalające wieńcem poddach. Front kościoła zwrócony ku ulicy, którą zdążamy. Po prawej stronie mijamy wysoki dom z czerwonej cegły, chyba to były urząd pocztowy. Docieramy do dużego domu z czerwonej cegły solidnie wyglądającego. Nie jest jeszcze zamieszkały. A może ten dom nadawałby się na naszą siedzibę? Przystajemy. Oglądamy dom z zewnątrz, z boku po kamiennych schodkach wchodzimy. Szeroki korytarz, schody prowadzące na piętro. Dużo tu śmiecia, różnych papierów, połamanych krzeseł, różnego rodzaju mebli. Na parterze kilka pokoi pootwieranych. Kilka desek na podłodze, jakieś worki, wala się słoma zszatkowana na sieczkę. Pewnie były tu i meble, ale już ktoś się nimi zaopiekował. Nic nowego, lepiej że zabrali, przynajmniej będą mieli z tego korzyść, przecież jak tu przyjechali to nie z meblami, a na pewno z małym lichym tobołkiem. Wchodzimy na piętro. Schody miejscami zniszczone, zdarte linoleum koloru czerwonawego, szczyty stopni okute żelazną kantówką, też miejscami wyrwane. Tu zapewne był jakiś urząd niemiecki. Na piętrze dość szeroki korytarz, z którego drzwi prowadzą do kilku pokoi. Wszędzie zamki powyrywane, niektóre drzwi mocno uszkodzone, widać nie kluczem je otwierano. Wszędzie nieporządek. Zatrzymałem się w małym pokoiku, gdzie na typowym biurku leżała sterta teczek z drukowanymi napisami. W teczkach jakieś sprawozdania rachunkowe, podpisy, pieczątki — Finanzamt — więc może tu był urząd finansowy lub coś w tym rodzaju. Kilka bloczków przyjęcia opłat, różne kwestionariusze. Słyszę jak ktoś głośno kroczy po korytarzu. Wchodzi Banaś i woła mnie: „Słuchaj, może tu się zatrzymamy?" Duży, obszerny budynek, jutro zabierzemy naszych ludzi, uporządkujemy, no, będziemy pracować. Odpowiadam, chyba tak. Punkt dobry, dużo tu pomieszczenia, nadaje się na komendę miasta. Gorzkoś coś tam taszczy pod pachą. Ma jakieś ilustracje niemieckie. Na co mu to? Wchodzimy wyżej, podobne rozmieszczenie i podobny bałagan. Schodzimy na parter, kierujemy się na podwórze. Z tyłu budynku dość obszerny ogród z połamanym, poszczerbionym ogrodzeniem. Jest i duża drewniana szopa dość dobrze utrzymana. Podwórze częściowo zarosłe trawą, częściowo zasypane gruzem. Walają się resztki szaf biurowych, jakieś szmaty. Jednak dom robi solidne wrażenie, zajmuje dobrą pozycję w układzie miasta przy głównej ulicy. Po drugiej stronie mieści się sklep wielobranżowy, o którym nam mówił już przygodnie spotkany mieszkaniec miasteczka. Jeszcze raz obchodzimy wszystkie kąty. Chociaż nie rozmawiamy w tej chwili ze sobą, dobrze wiem i to czuję, że każdy z nas tylko o jednym myśli — pewnie tu się zatrzymamy, jakoś się tu urządzimy. Jak się nam potoczy nasze urzędowanie? W tej chwili słyszę głos Janka Banasia: „Hej! chodźcie tu do mnie, coś musimy zadecydować". Schodzę więc na parter, jesteśmy już w trójką. Więc tu się zatrzymamy, tutaj urządzimy komendę. Jak wrócimy, zameldujemy o tym w sztabie, wyślemy jutro od rana wartownika. Zresztą jutro tu przyjdziemy z całą naszą załogą, uporządkujemy dom i rozpoczniemy urzędowanie. Jest już dość późno, godzina 18, musimy wracać na lotnisko, mamy bądź co bądź kawał drogi. Wspólnie z porucznikiem Jankiem Gorzkowskim postanowiliśmy przeprowadzić rekonesans okolicy jeziora. W trawie znajdujemy trzy hełmy niemieckie, kolbę od karabinu — chyba tu nie było walki, a te rzeczy porzucono czy pogubiono. Dochodzimy do rozległej plaży. Leżą tu na brzegu łodzie rybackie podziurawione, żaglówki wypełnione wodą, rozbite, niektóre całe. Są i dwa bojery, wszystko to zanurzone w wodzie przy brzegu, łatwo by można wydostać. Zapewne ktoś się tym kiedyś zaopiekuje... Hangar częściowo zniszczony, pozostały kozły do wciągania i opuszczania łodzi na szynach, jest kanał do remontu sprzętu, są części masztów, ożaglowania, ale to wszystko w nieładzie, porozrzucane, widać, że ktoś tu był, przeszukiwał, wybierał co wartościowsze, bo są świeże ślady wymontowania motorów przy łodziach... Jesteśmy trochę zmęczeni dość długą wędrówką, pełni odniesionych wrażeń piękna jeziora i okolicy, znaleźliśmy się oto w innym świecie, świecie równowagi, powagi i spokoju przyrody, wracamy do świata napięć, w dzień dzisiejszy, do zburzonego miasteczka, gdzie gruz, ruiny i rozpoczynające się nowe życie dopiero się rodzi. Godzina 17. Na ulicach spotykamy mieszkańców snujących się z różnym sprzętem domowym. Z gruzów, z ogrodów wynoszą znaleziony węgiel, drzewo, przenoszą części ogrodzenia, ciągną wózki domowej roboty na kołach samochodowych czy motocyklowych. Znoszą dywany ze zburzonych domów, ale przeważnie już w poważnym stopniu zniszczone, wyłysiałe, bo przecież tam w gruzach leżały przywalone murem, cegłą, żelazem, wystawione na deszcze. Ile to wojna zniszczyła dobytku ludzkiego, majątku! Przechodzimy koło potężnych zwałów żelbetonowych, widocznie po wysadzonym w powietrze bunkrze, który miał powstrzymać zimową wielką ofensywę. Znów na prawo i lewo widzimy znany nam widok: gruz, ruiny domów, domków w ogrodach, co krok to żelazo, kamienie, doły, dołki, jaszcze tu i ówdzie wyrwy w chodnikach czy na jezdniach. Przykry to widok, widok tej martwoty, gdzie jedynym głosem jęk zardzewiałych zawiasów oderwanych okien czy drzwi. Pół biedy w dzień. Lecz ileż to razy zmuszeni byliśmy właśnie tędy przechodzić podczas głębokiej nocy bez światła, bo cóż nam mogły dać nasze lampki bateryjne. Te gruzy urastały do kształtów potworów o poszarpanych kikutach, na tle upiornego światła, jakby martwego księżyca. Złowroga cisza. Niesamowite tło. Chodziliśmy bez słowa, a każdy nasz krok odbijał się głośnym ostrym echem. Często ostra strzelanina czy nagły pożar w głębokiej nocy podrywały nas na nogi, trzeba było biec... Przecież tam już mieszkają ludzie, musimy ich bronić. Tak, to prawda. To był drugi front. Często wracaliśmy ze służby nad ranem przyprowadzając wylęknionych ludzi, którzy gdzieś tam w rozbitych domach zatrzymali się na nocleg, aby z nastaniem brzasku następnego dnia wyruszyć do celu. Jakiego? Nie zawsze wiedzieli dokąd iść. Pragnęli się osiedlić gdzieś na wsi, bo ze wsi pochodzili. Pochodzili z różnych stron, okolic. .. Służba za frontem to też służba, lecz na froncie ukrytym, zdradzieckim, strzały zza węgła w tym czasie nie należały do rzadkości. Rozprzężenie wojenne stwarzało podatny grunt do rozbojów, rabunków a nawet morderstw. Byli ludzie pozbawieni wszelkich skrupułów, dla których nowa rzeczywistość dziejowa była kamieniem u nogi. Pamiętajmy o tym, że ludzie nowo przybyli czy przechodzący przez miasteczko w zasadzie nie mieli żadnych dokumentów, gdyż jak najczęściej mówili, wracali z prac przymusowych z Niemiec, bądź ich po drodze okradziono... Rozmaici dezerterzy przebierali się w ubrania cywilne i udawali wielce stroskanych repatriantów czy nowo przybyłych, aby tu się osiedlić. Jak stwierdzić, czy mówią prawdą, przecież człowiek potrafi kłamać, mało to o tym przekonaliśmy się? Staliśmy się więc podejrzliwi. Już na skrzyżowaniu ulicy E. Gierczak i A. Krzywoń spotykamy dwóch żołnierzy z komendy idących wolnym krokiem w stronę lotniska. Idą, jak mówią, nieco połazić, pogadać z ludźmi, mieli służbę od godz. 6 do 18. Ja mam już dość tej przechadzki. Dobrze, że już marny blisko do domu. Myślę: może wpadniemy do starego naszego znajomego Bronka Hołyńskiego, tej żywej gazety? U niego w sklepie spożywczym, a właściwie sklepie ze wszystkim, zawsze dużo ludzi kupujących, handlujących, zabawiających się rozmową, zawsze tam można dowiedzieć się czegoś nowego. Ano, wchodzimy. Sklep jak sklep dość duży, obszerny, okno wystawowe okratowane i można je na noc zasłaniać drewnianymi, ciężkimi deskami. Czego tam nie ma! Jest kiełbasa sucha, którą z tak wielkim trudem przywozi jego żona, niezmordowana organizatorka życia towarzyskiego, chodząca encyklopedia wiedzy jak i co gotować z niczego albo z byle czego, co jest pod ręką. Są świece tak potrzebne i poszukiwane przez mieszkańców, jest sól, cukier, kawa jęczmienna, różnego rodzaju kasze, mąki, ba, są bułki i co tam jeszcze! A trzeba pamiętać, że to wszystko przywieźć trzeba na własną rękę, nosząc na wątłych plecach. Ładne mi wątłe plecy, co? Dzień dobry gosposiu, witam naszą panią gospodynie, już w sklepie, choć nie bardzo zwraca na to uwagę, bo jest zajęta klientami. Gdzieś się przyplątał, pytam starego znajomego ppor. Nowaka, dowódcę plutonu strzeleckiego. Znam go że wspólnych odpraw odbywanych dość regularnie u „starego" w sztabie. Masz może co zapalić? — pyta mnie. Wyjmuję nasze fasowane papierosy-junaki, które otrzymuje, z dodatkiem wojennym. Papierosy jak gwoździe, ostre, drapią w język i płuca. Chętnie pali, daję mu na drogę rozpoczętą paczkę. Kobiety coś tam między sobą pokazują, jakieś fatałaszki, ale to nas nie interesuje. Jeden z żołnierzy pułku przyniósł ładne, czarne wysokie buty lotnicze, chce je sprzedać. Mam na nie ochotę, ale cóż, są za małe i ciasne. Nic z interesu. Wchodzę do naszego pokoju, zdejmuję pas z pistoletem i kładę na tapczanie-łóżku, gdzie śpię. Rozpinam bluzę, to samo robi Janek Gorzkowski. Podczas obiadu-kolacji rozmawiam z żołnierzami siedzącymi obok w drugim pokoju. Jedni czyszczą broń, Franek Cegielski ze Zbąszynia gra na ustnej harmonijce, dwóch coś zawzięcie majstruje przy znalezionym aparacie radiowym. Rozbieram się, dzisiaj chyba będzie spokój przez całą noc, na dworzec nie mam ochoty pójść. Na pewno tam ktoś z kaprali pójdzie z patrolem. Niech trochę Banaś pomyśli i głowę tym sobie zaprząta, jest z nas oficerów najstarszy wiekiem, wyjeździł się bryką, niech za nas pomyśli. Janek już chrapie skulony pod kołdrą, nawet nosa nie wytknie. Nie mogę jednak tak na zawołanie zasnąć pomimo zmęczenia fizycznego. Lubię czytać, ale nic mam żadnej książki. Byłem przyzwyczajony przed snem poczytać książkę, ale cóż na to poradzę, nie ma. Tak sobie myślę. A może po zdemobilizowaniu pozostanę tu w Starym Dąbiu, wyszukam sobie odpowiednie mieszkanie, gdy będzie zorganizowana szkoła, będę uczył, jestem przecież z zawodu nauczycielem. Ale czy żona będzie chciała tu przyjechać, czy nie będzie się bała tego tu widoku zniszczonego miasteczka. Mam na oku mieszkanie na pierwszym piętrze, nie uszkodzone, w domu piętrowym z zapleczem na podwórzu, dość duży o«gród z drzewami owocowymi. W mieszkaniu pozostały częściowo meble, można by uzupełnić brakujące, stopniowo się zadomowić. Wiem, bo mi mówił i pokazywał Gorzkowski, że wyszukał sobie mieszkanie obok mnie, chce się wprowadzić już w najbliższych dniach Mieszkalibyśmy po sąsiedzku. Coraz więcej przybywa nowych ludzi, przybywają z rodzinami, przyjeżdżają różni specjaliści, organizuje się w miasteczku tymczasowy zarząd, jest już i burmistrz pan Jan Balcerzak, są już i inni pracownicy administracji miejskiej,Jest młody elektryk Tadeusz Gierałtowski, który z naszymi ludźmi z komendy rozminował na własną rękę elektrownie, chce ją koniecznie uruchomić, ma dużo zapału i energii.
4042 Wyświetleń | 0 Komentarze | Oceny: (1 Ocen)
Opcja komentarzu dla tego została wyłączona.
Działa na MySQL Działa na PHP Powered by SMF 1.1.7 | SMF © 2006-2007, Simple Machines LLC
TinyPortal v0.9.8 © Bloc
Modyfikacja i przystosowanie przez rwpb i Fitek
Prawidłowy XHTML 1.0! Prawidłowy CSS!