Jedyny Portal Prawobrzeza
24 Październik 2017, 02:25:27 *
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
Aktualności: Używamy plików cookies w celu optymalnej obsługi Państwa wizyty na naszej stronie. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
 
   Strona główna   Forum Pomoc Szukaj Zaloguj się Rejestracja  
02 Listopad 2010, 16:22:00
Historie Prawobrzeża
Jak już wspomniałem, punktem niepokoju, niekiedy groźnych zajść, punktem, który nam sprawiał dużo kłopotu, z którym mieliśmy codziennie nieomal do czynienia, był dworzec kolejowy, leżący na skraju miasteczka. Budynek drewniany, dość ładnie zbudowany, obszerny, mieścił hall z okienkami do sprzedaży biletów, dużą poczekalnię, kilka pomieszczeń administracji kolejowej. Nie był mocno zniszczony, mniej zdewastowany. Poczekalnia była punktem zbornym, punktem wypoczynku, nerwowego wyczekiwania na pociąg, o którym właściwie nikt nie umiał powiedzieć, czy w ogóle w upragnionym kierunku pojedzie, a jeśli tak, to kiedy. Ludzie dopytywali się o wszystko nielicznych kolejarzy. Kręcili się po dworcu, czegoś szukali. W pobliżu budynku dworcowego znajdowała się parowozownia częściowo zniszczona, zbudowana z czerwonej cegły okopconej z wyrwanymi dużymi drzwiami, które leżały obok na torach. W pewnej odległości od parowozowni na torach stały nieczynne dwa parowozy, przed nimi sterczał rozerwany tor, a w środku był głęboki lej. Wynik chyba przypadkowego wybuchu jakiegoś pocisku, gdyż dworzec nie był zbombardowany, o czym świadczyły nie zniszczone ściany, a przede wszystkim to, że drewniany dworzec nie spłonął. Peron na odcinku długości budynku dworca nakryty był blaszanym dachem, wiatą. Najbliższy rejon dworca widać bardzo ucierpiał, bo nieomal wszystkie domy, domki były uszkodzone, niektóre zaś zburzone aż do fundamentów. Tylko niemy świadek tragedii, poczerniały komin był potwierdzeniem, że tu był dom. Najbliższa droga a może ulica bezpośrednio ciągnąca się wzdłuż zabudowań dworca była zryta pociskami, miejscami wprost niemożliwa do przebycia. Widać wyraźnie, że chodziło o zniszczenie dworca, ale pociski padały obok niszcząc drogę, czyniąc spustoszenie w pięknych niegdyś ogrodach. Niemcy wycofując się w kierunku ówczesnej twierdzy, którą tworzyło miasto Szczecin, starali się jak najwięcej zniszczyć, pozostawić spaloną ziemię. Zmuszali przy tym do opuszczania miasta mieszkających tu Niemców. Jako ostatnie opuszczały miasto, grupy dywersantów, które właśnie miały na celu wszystko spalić, zniszczyć. Pomimo tego, że węzły kolejowe były zniszczone, tory pozrywane, głównie w kierunku Szczecina i z powrotem. Tor szczeciński był zaraz bezpośrednio, po upadku Niemiec naprawiony przez sprowadzonych na dworzec do prac Niemców w sile wieku, którzy Dąbia jeszcze nie opuścili oraz przez specjalne grupy saperów radzieckich, którzy główny tor kolejowy prowadzący z Piły do Szczecina uruchomili. Należy pamiętać o tym, że dworzec Dąbie był ważnym punktem przelotowym ze względu na usytuowanie, leżał bowiem bezpośrednio na linii Poznań—Szczecin, był ostatnim skokiem do portowego miasta Szczecina. Wojsko potrzebowało tej drogi, wojsko ją też uruchomiło. Komenda Wojenna Miasta miała nad nim bezpośredni dozór i pieczę. Wszelkie urządzenia sygnalizacyjne kolejowe nie działały. Pociągi towarowe nadjeżdżały wolno, kilku kolejarzy regulowało jako tako ruch. Czy to raz dosłownie w ostatniej chwili zauważyliśmy nadjeżdżający pociąg towarowy, osobowe pociągi spotykało się rzadko. Zatrzymywaliśmy pociąg już z daleka, aby maszyniście zwrócić uwagę na miejscowe tory, a właściwie na odcinek toru leżący już za wiaduktem, odcinek tylko pospiesznie jako tako doprowadzony do porządku, przy częściowo powyrywanych podkładach torowych, nie zrównanej ziemi pomiędzy torami: szybko jadący pociąg mógłby się wykoleić. W poczekalni spotykaliśmy różnych ludzi w różnym wieku. Przeważnie mieli małe, mizerne tobołki, jakieś skrzyneczki drewniane chyba po amunicji, siedzieli lub leżeli pokotem pod ścianami. Jedni jedli chleb popijając wodą lub czarną kawą, którą sporządzali sobie przy ognisku rozpalonym w pobliżu dworca. Dużo z nich wracało z Niemiec. Opowiadali sobie o wojennych przeżyciach. Wiele osób młodych tu przywędrowało, chcą się dostać do Szczecina i tam zatrzymać na stałe. Nie jest to rzeczą łatwą, pomimo że do Szczecina jest około 18 kilometrów, ale most na Regalicy zerwany, dalsze połączenia zniszczone. Most na Odrze tuż przed Szczecinem jest, ale wojskowy, pontonowy, głównie służy celom wojskowym. Nieraz odradzamy im dalszą wędrówkę. Tu przecież w Dąbiu można się osiedlić, mamy już administrację miasta, komendę wojenną miasta, jaki taki porządek. Pomimo ogromnych zniszczeń przecież są mieszkania nieomal nie naruszone, nie zniszczone, są inne zabudowania. Pomału osiedlają się ludzie. W pierwszych dniach sierpnia będąc rano z patrolem 4-osobowym na dworcu spotkaliśmy trzech młodych ludzi około 20—27 lat, siedzących na drewnianych skrzyniach, walizkach. Ubrani skromnie. Jeden z nich miał na sobie mocno już wytartą skórzaną kurtkę poplamioną jakimś smarem oraz sfatygowane saperki wojskowe. Włosy długie w nieładzie. Robił wrażenie wyjątkowo zaniedbanego i opuszczonego. Był z tej trójki najwyższy i chyba najchudszy. Drugi siedział na drewnianej pomalowanej na zielono skrzynce, do której był przymocowany uchwyt z kawałka skóry. Krótkie dla odmiany włosy, koszula flanelowa w paski niebieskie, widać że bardziej zadbany. W rozmowie trwającej chyba z dwie godziny robił wrażenie oczytanego chłopca. Opowiadał nam o różnych tarapatach, jakie w trójkę przechodzili zdążając wraz z innymi w kierunku Szczecina na ziemie wyzwolone, jak się wyrażał. Sam chciałby się gdzieś osiedlić w mieście bądź jakimś miasteczku, znaleźć dla siebie mieszkanie i pracę i już tu pozostać. Chciałby podjąć pracę w administracji miasta, w jakimś urzędzie. Da sobie radę — mówił — bo ukończył dwie klasy gimnazjum, ma przy sobie świadectwa szkolne. Usta małe, zaciśnięte, ostre rysy twarzy charakteryzują zaciętość, upór, są wyrazem silnej woli, w ogóle jakaś nieprzeciętna stanowczość od niego bije. Pewnie jest ich przywódcą, kieruje całą trójką. Tacy ludzie tu są potrzebni, silni, ufni we własne siły, tu na pewno pozostaną. Trzeci z nich odziany podobnie w podniszczone ubranie, w butach sznurowanych, najniższy z trójki plany ma takie jak koledzy. Wspólnie obmyślili wędrówkę na Ziemie Zachodnie zbierając opinie od innych, którzy już wcześniej wywędrowali w kierunku Olsztyna. Oni wybrali Szczecin i okolice. No, tak! Ale dokąd w końcu chcecie iść? Co chcecie robić? — pytam ich. W miarę, możliwości pomożemy wam. Stąd z Dąbia niekiedy wyjeżdżają nasi kupcy do Stargardu Szczecińskiego bądź innych miast, możecie się przygodnie zabrać, tam będziecie mieli ochotę się zatrzymać. Po prostu zatrzymają się tam, gdzie napotkają odpowiednie warunki zamieszkania i pracy — odpowiadają. Słuchajcie, mówię do nich. To miasteczko rozbite jest w 70 procentach. To samo albo podobnie będziecie mieli w innych miastach. Zabierzcie się z innymi, którzy tu koczują na dworcu, dołączcie do jednej z grup i jedźcie np. do Goleniowa, wiem, że jest tam od ubiegłego tygodnia trochę nowo przybyłych. Sami w trójkę nie wyruszajcie, bo to jeszcze niebezpiecznie. Po wsiach i po drogach kręcą się grupki Niemców, którzy podążając z okupowanych terenów Polski, przedzierają się do Niemiec. Często po drodze napadają, odbierają dokumenty, aby tym łatwiej przejść posterunki graniczne, minąć patrole, których tu jest dość dużo, szczególnie na granicy miasta Szczecina. Mówię do jednego żołnierza z patrolu — Słuchaj, idź do komendy, niech ci por. Gorzkowski, Banaś lub ktokolwiek inny wyda dwa bochenki chleba, coś do smarowania, może tam jeszcze coś wycyganisz i powiedz, że chcemy to dać na stacji tym chłopcom. Do nich zaś mówię: — Zaczekajcie. Widzę po waszych twarzach, że jesteście głodni, pewnie w waszych tobołkach za dużo nie macie prowiantu. On zaraz wróci, przyniesie wam coś do zjedzenia, Widzę po ich minach, że są zaskoczeni moją propozycją i zażenowani. Jeden z nich mówi: — Panie poruczniku, dziękujemy, my tu mamy dużo do jedzenia, pokazuje palcem na żałośnie chudy worek. No tak, myślę sobie, co tam oni mogą mieć. Dobrze, dobrze —mówię — Dostaniecie nasz wojskowy chleb, będzie wam smakował, bo to taki zdrowy razowiec, posmarujecie smalcem, bo my też masła nie mamy. Dołączycie do tych, którzy udają się do Gryfina lub, jak się zdecydujecie, do idących w kierunku Goleniowa i już wspólnie z nimi idźcie. Teraz chodźcie ze mną przed dworzec, pokażę jaką ulicą pójdziecie i w jakim kierunku. Wychodzimy przed dworzec. Zarzucają swe worki na ramiona, ja prowadzę. Stajemy przed wejściem i wyjaśniam: — Pójdziecie tą ulicą na wprost (dzisiejszą Racławicką), przejdziecie przez mostek betonowy rozbity, dalej napotkacie drugi taki mostek i zaraz potem po prawej stronie będziecie mieli rozwalone kino. Potem pójdziecie cały czas prosto i dojdziecie do szosy prowadzącej do Goleniowa. Macie drogą około 35 kilometrów, a do Gryfina około 30. Na miejscu rozejrzycie się gdzie zamieszkać, tam na pewno już działa administracja miasta, oni wam pomogą jakoś się urządzić tak na początek. Nie będzie wam łatwo, ale teraz, zaledwie cztery miesiące po kapitulacji Niemiec, mało jeszcze ludzi, za to dużo gruzu i biedy... Ale dacie sobie radę, jesteście młodzi, spotkacie innych.
4302 Wyświetleń | 0 Komentarze | Oceny: (1 Ocen)
Opcja komentarzu dla tego została wyłączona.
Działa na MySQL Działa na PHP Powered by SMF 1.1.7 | SMF © 2006-2007, Simple Machines LLC
TinyPortal v0.9.8 © Bloc
Modyfikacja i przystosowanie przez rwpb i Fitek
Prawidłowy XHTML 1.0! Prawidłowy CSS!