Jedyny Portal Prawobrzeza
24 Sierpień 2017, 01:23:18 *
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
Aktualności: Witamy w Portalu Prawobrzeża Szczecina i zapraszamy do rejestracji. Jako zarejestrowany i zalogowany użytkownik możesz znacznie więcej.
 
   Strona główna   Forum Pomoc Szukaj Zaloguj się Rejestracja  
05 Kwiecień 2008, 17:52:00
Felitony

Pani Maria: Do… Ustka-Przewłoka. Ponieważ było nas dużo rodzeństwa, więc ojciec wyjechał z miasta do… właściwie do małego miasteczka. I tam domek pod lasem, tak im się to spodobało, no i tam zamieszkaliśmy. Ale ja… wyjechałam do Szczecina. Za pracą. […] Byłam w Ustce. Ponieważ pracowałam w elewatorach zbożowych – to był rok 1947 – i z elewatorów zbożowych wysyłano wagony ze zbożem. Ja natomiast załatwiałam do tych wagonów listy przewozowe na PKP. Ponieważ Ustka to miasto portowe, tam było wojsko, zdemobilizowane no i zatrudnione jako straż portowa. Właśnie między innymi przy plombowaniu wagonów, spotkałam dwóch wartowników, którzy mieli pieczę nad elewatorami, no i tak zapoznałam męża.

Mila: On był jednym z tych wartowników?

Pani Maria: On był jednym z tych zdemobilizowanych wojskowych. No i tak mówił, że magazyny też były plombowane w wojsku wiadomo, jak to młodzież zapoznała się. Ponieważ był okres bardzo trudny z żywnością, po prostu poprosił mnie, czy ja mogłabym mu załatwić kawałek chleba (śmiech). […] Głodnego trzeba nakarmić (śmiech) i tak żeśmy się zapoznali.

Mila: Jak to się stało, że znaleźliście się w Szczecinie?

Pani Maria: No i codziennie tak właśnie spotykaliśmy się, znaczy, nie to żeby… nie umawiając się. W drodze po pracy do domu: dzień dobry panno Marysiu, dzień dobry panie Zygmuncie, no tak… do czasu… aha, i do Ustki – to był rok czterdziesty siódmy zaczęły przyjeżdżać statki ze Szwecji po zboże. Ustka jest portem małym, no, młodzi ludzie, tacy wartownicy szukali przygód, no i pewnego dnia, a to dwoje uciekło, zginęło… po prostu na statki. Następnego dnia trójka, no i potem dowiaduję się,między innymi że to i pan Zygmunt popłynął.

Mila: Do Szwecji?

Pani Maria: Do Szwecji. No i a ja pracowałam dalej. Po pół roku brat mój starszy mówi: Wiesz co? – u nas budowali chłodnie w Ustce, i przyszedł do pracy – Jakiś pan Zygmunt, który pracował w straży i się pytał, czy zna pannę Marysię (śmiech). Brat nie przyznawał się, że to jego siostra, no i mówi: No, pracuje pracuje, ja wiem. Mówi: Ja bym chciał, no po prostu… ona taka była… nie arogancka, ale niedostępna. Podobała mi się i chciałem z nią nawiązać… (śmiech) znajomość. No i… pewnego dnia brat przyprowadził go do domu, do nas, tylko jako kolegę. No a ponieważ on się nie przyznawał wcześniej do tego, ja zobaczyłam, że to Pan Zygmunt, no i tak się zaczęło, żeśmy spotkali się. Aha, i mówię: Chyba pan wrócił ze Szwecji? Nie! Ja nie byłem w Szwecji (śmiech) Bał się przyznać, no bo… uciekł na… po prostu - jak to się mówi – „na ślepo”, a wrócił legalnie. Pół roku tam pracował w lesie, poszedł do konsulatu, parę groszy zarobił, tylko nie trafił do tego konsulatu, co trzeba, tylko do przedwojennego i tam go wygonili. Powiedział, że on chce wracać do Polski. Mówią: Panie! Gdzie Pan chce wracać? Mówi, on mówi, tak mówi…

Mila: A w Polsce już wówczas rządziły władze komunistyczne.

Pani Maria: Taak. To już było, nawet strach było się przyznać, że… bo teraz więcej osób uciekało, no a ten, który wrócił, to po prostu… Chciał legalnie wrócić. No, zrobił błąd, tęsknił za krajem, no i w końcu udało jemu się załatwić, ale miał z sobą list zapieczętowany. Konsulat, już ten naturalny … dał jemu i przypłynął do Gdyni statkiem, już nie pamiętam którym. No i tam zaraz urząd bezpieczeństwa zabrał go do Koszalina, dwa tygodnie „siedział”…

Mila: W areszcie?

Pani Maria: W areszcie, dlatego, że… że on będzie buntował ludzi, żeby uciekali. No a po dwóch tygodniach ojciec jego przyjechał z Białegostoku i jego chrzestny ojciec tam mieszkał, więc poręczyli za niego, mówią, że go zabierają do Białegostoku. […] No, właśnie gdzieś on wrócił z Gdyni, siedział w areszcie i wrócił do Szczecina… do Ustki! Ponieważ myśmy się już poznali lepiej i pewnego dnia umówiliśmy się, że przyjdzie do nie do pracy, po trzeciej. Ale… i wstąpił. Ale przyszedł jakiś Pan i powiedział: Ja pana proszę. Myślałam, że to znajomy prosi go tam na piwo, czy na wódkę. Ale po pół godzinie widzę, że mija moje tam biuro, nie zachodzi, czerwony bardzo na buzi, z nim idzie jeszcze dwóch panów, no i… nie przyszedł już do mnie. Wieczorem po szóstej wróciłam do pracy, patrzę – siedzi, zaczerwieniony, zaniepokojony. Co się stało? Aaa, ubowcy przyszli, milicja przyszła, zaprowadzili… musiał się wymeldować w Urzędzie Miejskim, zaprowadzili go na stację, musiał bilet kupić i do Białegostoku wyjazd, tam skąd pochodził, bo tu nie ma miejsca od strefy granicznej, bo on jest szpiegiem i innych jeszcze werbuje i tam jakieś jeszcze…

Mila: To przez ten wyjazd do Szwecji?

Pani Maria: Do Szwecji. No i już był po prostu na liście jako zdrajca. A ponieważ nie chciał uciec tak i zostawić, zależało jemu na mnie, wysiadł na następnej stacji i przez las przyszedł (śmiech) do nas do domu. Dopiero się dowiedziałam, że… co się stało. Wierzyłam jemu, no po prostu wierzyłam. No, ale tak siedział u nas tak parę dni, bałam się, że… no, bałam się i o mamę, bo mama się denerwowała, to umówiliśmy się, że ja go odwiozę do Słupska, kupię bilet, żeby nie podpadło i tak też zrobiliśmy. […] Pojechaliśmy do Słupska. On siedział na peronie, poszłam do kasy w Słupsku, ponieważ tam większe miasto, tam nikt nikogo nie widział, bo w Ustce to wiadomo było, że jest mało ludzi. On czekał na peronie, ja kupiłam jemu bilet do Białegostoku, przyniosłam na peron, on wsiadł pojechał. Ale już po pewnym czasie szukali go, w ogóle w Ustce. A to mówili: A to on jest w Koszalinie. Po prostu, tam się nie zameldował w Białymstoku, więc jego szukali.

Mila: Urząd bezpieczeństwa?

Pani Maria: Tak. Ja mówię: Ja nie wiem, bo przecież wyjechał, jego nie ma. Nie mogłam się przyznać.

Mila: Do Pani też przychodzili?

Pani Maria: Nie. Na ulicy tylko zapytali, no bo małe miasteczko wiadomo było. I to tak podstępnie: Pan Zygmuś jest w Koszalinie, taką fajną dziewczynę poznał. Ja mówię: A myśmy zerwali, to co z tego? Kłamałam. I tak to było od października do grudnia.

Mila: W czterdziestym siódmym?

Pani Maria: W czterdziestym… siódmym. Tak. […] Pisaliśmy listy i tak dalej. Tam miał pracować w PKP, gdzie jego ojciec pracował - w parowozowni tyle lat. Jego ojciec chciał, żeby syn kontynuował taką samą pracę, ale on się nie nadawał. Po prostu do kolegi napisał list do Szczecina, który też uciekł do Szwecji po prostu „na ślepo” i wrócił „na ślepo” – nie wiem jakim cudem. No i się skontaktowali.

Mila: Kolega ten ze Szwecji wrócił do Polski ale do Szczecina?

Pani Maria: Tak. Do Szczecina - który (kolega – przyp. Mila) mieszkał kiedyś w Ustce, no i rzekomo znał tam mnie z widzenia, ja tam go nigdy nie znałam. No i po prostu tak korespondencyjnie, żeby sobie przyjechał do Szczecina. A Szczecin – wiadomo. […] Mówi, że on jedzie do Szczecina, tam już ma zaklepaną pracę, tam jest kolega i my musimy stąd wyjechać. I tam się pobierzemy. I on był dwa dni i pojechał. […] Napisał list, że on znajdzie jednak pracę w Szczecinie, jednak to jest duże miasto, no i kolegę ma, będzie nam łatwiej. Ja, ponieważ pracowałam służbowo, a mieliśmy styczność z Państwowymi Zakładami Zbożowymi w Szczecinie na Niedziałkowskiego, dobry kierownik był, dał mi delegację i tam zawoziłam dokumenty. Bałam się, bo to był taki niebezpieczny czas w Szczecinie. W ogóle to były takie różne, że to ludzi mordują, a to dzieci kradną.

Mila: Taka była opinia o mieście?

Pani Maria: Opinia… i gruzy były i zniszczone było miasto bardzo. No, ale żeśmy się umówili, ja już mówiłam mamie, że jadę służbowo.

Mila: Czyli skłamała Pani rodzicom?

Pani Maria: Skłamałam mamę, bo ojciec już nie żył. I przyjechałam na stację do Szczecina, a tam gruzy i się bałam. […] Wysiadłam z pociągu, [..] idę. No i co, nie wiem gdzie pójść. Wiatr wieje, zimno, bo to był styczeń. Filar jeden, drugi, nikogo nie ma… Ale zobaczyłam cień znajomy. Bo to nie było tych świateł jak dzisiaj. Tak się ucieszyłam. Był właśnie z żoną tego przyjaciela. Już było nas troje. Żeśmy szli z dworca PKP na ulicę Bolesława Śmiałego pieszo. Dla nas się wydawało, że to niedaleko, bo człowiek był nauczony. Wkoło gruzy. Strasznie. Straszny widok był tego dworca. W ogóle gruzy… Ale tam na Bolesława Śmiałego weszliśmy do domu. Ja przyjechałam na cztery dni, bo więcej nie mogłam. No ale oni pracowali już, kolega męża. […] Potem mówi, że będą pracować w Świnoujściu. Po prostu rozbierali Świnoujście i ładowali cegły i wywozili na Warszawę. Jedne domy były naprawdę wyniszczone, ale po co tą cegłę wywozili? Wagonowo. Po miesiącu czasu, ja sobie już wszystko pozałatwiałam. A jeszcze jak za te cztery dni jak byłam, to szłam do Urzędu Miasta, Urzędu Stanu Cywilnego, żeby dowiedzieć się jak i co, co trzeba mieć, jakie dokumenty, żeby po prostu przyjechać i zawrzeć związek małżeński.. Żeby być pewnym, że to… wiadomo, matka, w ogóle ja też byłam wierząca, żeby jakoś ten ślub wziąć. Żeby rodzina mnie nie wyklęła.

Mila: Czyli już wtedy była Pani zakochana i zdecydowana na małżeństwo?

Pani Maria: Taak! Tak, tak! No i była bieda. Pojechałam do Szczecina po prostu z walizką. W walizce była pierzyna, poduszka, pościel, parę rzeczy osobistych… Także po dwóch tygodniach od mego przyjazdu załatwiliśmy w sumie ślub cywilny i kościelny. Ale kościelny to był właśnie na Wielkanoc tak, że tam było pięćdziesiąt ślubów tego dnia, w kościele Andrzeja Boboli (przy ul. Bohaterów Warszawy – przyp. Mila). […] No, ale było wszystko ok. Mąż spotkał na ulicy znajomego kolegę z Białegostoku, który był wojskowym. Mówi: A co ty robisz? A on mówi: Szukam pracy. Bo do Świnoujścia nie chciał już dojeżdżać. No i znalazł pracę. Potem mówi: Wiesz, a ja potrzebuję jeszcze sekretarkę. To on mówi: Ja mam żonę… Ty się ożeniłeś? No i po prostu dostaliśmy pracę. Mąż pierwszy zaczął pracować w koszarach, bo to była odbudowa koszar w Podjuchach. Przyjechał do domu i mówi: Wiesz co? Dostałem mieszkanie. Dwóch kawalerów znalazło sobie mieszkania, ale komisarz – bo to w Urzędzie Miasta był komisarz, władał tym wszystkim - mówi, że to jest mieszkanie dla małżeństwa, a nie dla kawalerów. […] No i tak było. Poszedł wziął akt małżeństwa, przedłożył, że tego i dostał od ręki. Że może się wprowadzić. […] W Podjuchach, na piętrze. Ja zaraz następnego dnia poszłam do pracy, bo potrzebowali sekretarki.

Mila: Też w koszarach?

Pani Maria: Taak. Przy odbudowie koszar. Tam były przecież zniszczenia. No i pracowałam tam trzy lata jako pisarz budowlany. W międzyczasie się urodziło dwoje dzieci i przez dziesięć lat (kolejnych – przyp. Mila) nie pracowałam, bo wychowywałam dzieci.

Mila: A mieszkaliście Państwo przy ulicy?

Pani Maria: Nowotarskiej numer osiem, mieszkania dwa.

Mila: Jak zapamiętała Pani pierwszy obraz Podjuch, Zdrojów, Żydowiec?

Pani Maria: […] Były gruzy tu i ówdzie, komunikacja do miasta była bardzo zła, co dwie godziny autobus jechał jakiejś starej marki. Dźwięk był okropny: but-but-but. „Winogron” ludzi zawsze wisiał, drzwi się nie domykały.

Mila: Z otwartymi drzwiami jechał?

Pani Maria: Z otwartymi drzwiami jechał, to było straszne. No i sklepów też było mało, biednie było. Ale jakoś się żyło.

Mila: A czy dużo było zniszczeń?

Pani Maria: No, było…

Mila: Gdzie największe?

Pani Maria: No były gruzy tu i ówdzie, domy rozwalone, szkoła była jedna, potem dobudowali…

Mila: Gdzie się znajdowała szkoła?

Pani Maria: Szkoła na Floriana Szarego (SP 12 funkcjonująca do dziś – przyp. Mila). […] Zostały dobudowane tzw. pawilony. Bardzo dużo rodziców robiło w czynie społecznym, bo nasze dzieci chodziły tam do szkoły, skończyły podstawówkę.

Mila: Czy Państwo również pracowaliście przy budowie szkoły?

Pani Maria: Ja nie. Mąż pracował. Było po prostu... każdy poszedł, żeby pomóc. No i do dziś dnia stoją te pawilony. Nawet jest jeszcze wybudowana hala sportowa. W ogóle Podjuchy podobają mi się. […] No w tej chwili to jest bez porównania. Porozwalane były te stare budynki i rozebrane, rozbiórki. Są wieżowce i są domy trzypiętrowe. No w tej chwili to jest dzielnica fajna, ale nie ma żadnej, czy kawiarni, czy baru nawet. Jechać trzeba do centrum, nie każdego na to stać. Czy nawet jakiś bar mleczny taki, czy coś, taki szybkiej obsługi, no nie ma tego.

Mila: Czy wiedzieliście Państwo jaka była rola i znaczenie Podjuch przed wojną?

Pani Maria: Nie, no nasz dom to był strasznie postrzelony. Bardzo dużo nawet i w niejednych domach jeszcze można do dziś dnia zobaczyć ślady kul.

Mila: Ale w momencie, kiedy zamieszkaliście w Podjuchach, czy wiedzieliście jakie były Podjuchy przed wojną? Jak wyglądały budynki, co się znajdowało?

Pani Maria: Nie, nie. Po prostu nie było żadnej osoby, która by o tym informowała. Były tak dwie rodziny mieszkały tam… po prostu Polacy w czasie wojny, jeszcze sprzed wojny, to dwie rodziny pamiętam, że były. Państwo Bielik mieszkali właśnie i jeszcze drugich nazwisk nie pamiętam. Właśnie drugiego Państwa to jeszcze córka do dziś dnia żyje, ma dziewięćdziesiąt pięć lat.

Mila: To byli Polacy, którzy mieszkali tu jeszcze przed wojną na niemieckich ziemiach?

Pani Maria: Tak, jako Polacy na niemieckich ziemiach.

Mila: A Państwo Bielik żyją jeszcze?

Pani Maria: Nie, już nikt nie żyje i ci drudzy też nie właśnie, ich córka tylko żyje, ma dziewięćdziesiąt pięć lat. No ale to tak, ludzie tak specjalnie się nie chcą dzielić taką wiadomością.

Mila: A jak wyglądał dom, do którego się wprowadziliście, przy Nowotarskiej?

Pani Maria: No, był postrzelony, były mury słabe, no ale w międzyczasie już po osiemdziesiątym trzecim roku jak mogliśmy, to były, w ogóle były piece kaflowe, mąż potem zrobił centralne. Sam. Żeby palić koksem, żeby sobie ułatwić tu pracę. No ale słabe były mury i po śmierci męża ja – to było adeemowskie mieszkanie - przepisałam to na córkę, córka z kolei wzięła kredyt, wykupiła to mieszkanie, wzmocniła i ściany i dach zmienili, po prostu z brzydkiego domu zrobił się budyneczek…

Mila: Ładny?

Pani Maria: Tak, który kredyt spłaca do dzisiaj.

Mila: Dom jest piętrowy.

Pani Maria: Tak. Piętrowy.

Mila: Czy w momencie, kiedy się wprowadziliście, byliście jedynymi mieszkańcami domu?

Pani Maria: Nie. Na dole mieszkali. Rodzina i… oni właściwie cały dom mieszkali, a ponieważ był podział mieszkań, także góra była dla ludzi, dla drugiej rodziny.

Mila: Oni tam nadal mieszkają? Ta rodzina?

Pani Maria: Tak. Ich pokolenie, dzieci. Dzieci, wnuki. No bo już poumierali. To jednak jest - jakby nie było – sześćdziesiąt lat, nie? Robi swoje.

Mila: A jak wyglądał wówczas – mówię o tym domu – sprawa dostępu do wody, do elektryczności. Czy to wszystko było?

Pani Maria: Było sprawne. No piece były kaflowe, ale potem człowiek poulepszał sobie, zrobił to centralne i w tej chwili jest unowocześniony, ale nie był tak bardzo, znaczy się piece były w dobrym stanie, tylko, że same ściany zewnętrzne były poprzestrzelane od kul. No i ściany trzeba było wzmocnić miejscami, bo czy w łazience, to były tak uszkodzone, że człowiek świat widział przez te szpary. Tak, woda zamarzała, zima jak była, to straszna…

Mila: Czy przez te lata powojenne, kiedy mieszkaliście przy Nowotarskiej, czy natknęliście się na ślady po poprzednich właścicielach, którzy mieszkali tam przed wojną?

Pani Maria: Nie. Pięć lat temu, to… właśnie przyjeżdżają teraz tam hotel Panorama i przyjeżdżają Niemcy po prostu z wycieczką i tam nocują, zamieszkują w tym czasie. I pewnego dnia małżeństwo spacerowało przy naszym ogrodzie, zapytali syna, czy mogą się zapytać co tu jest, tego, bo oni tu mieszkali. No i pani miała siedemdziesiąt lat... Ponieważ znam niemiecki trochę z okupacji, zaprosiłam ich do domu i ona powiedziała, że tu mieszkała i ojciec mieszkał w tym pokoiku, no i było przebudowane, mówi: O! tu było tak, tu było tak… Ale mówi, że nie tęskni za tym, bo ona miała osiem lat, no i teraz mieszka… mieszkali nie w dedeerzu tylko w zachodnich Niemczech mieszkają. Mówi, że nie tęskni, ale prosiła, że… czy może zdjęcia zrobić. No i że budynek był w lepszym stanie, po remoncie, mówi, że pokaże znajomym tam rodzinie, że jednak coś się robi, nie? Tylko zwróciła uwagę, że dojście do domu, że są płyty jeszcze stare i zniszczone, no ale na wszystko człowieka nie stać. Ja mówię, już teraz jako starsza kobieta nie robię, tylko córka zarządza tym. Ja sobie spokojnie żyję. Ale z życia jestem zadowolona. Mi się zdaje, że życie swoje przeżyłam dobrze, w handlu pracowałam dwadzieścia pięć lat, stąd właśnie mam emeryturę i jestem zadowolona. Jestem zadowolona i życzyłabym wszystkim, żeby takie życie mieli. Mam teraz spokojną starość.

Mila: A jeszcze wracając do domu – czy mogłaby Pani powiedzieć, jak wyglądało jego otoczenie, kiedy się wprowadziliście. Jak wyglądały… wyglądała okolica? Które domy z obecnego stanu stały wówczas? Jak wyglądała ulica Nowotarska, Granitowa, Złota?

Pani Maria: No, Nowotarska to się przedłużyła, bo były dwa domy, to w tej chwili jest jest już nowych wybudowanych sześć na tej małej uliczce…

Mila: Ale w momencie, kiedy Wy się wprowadziliście, było ile domów?

Pani Maria: No, było… siedem. A w tej drugiej, drugie siedem jest dobudowane […] nowe budynki są. No był jeden budynek zniszczony bardzo, ale to już rozebrali, postawiony jest nowy. Nasza okolica, to był gruz... właściwie to jeden dom był bardzo zniszczony, no i postrzelane były domy, no ale do tej pory to każdy coś, jak mógł, tak robił.

Mila: Te wszystkie budynki (stare – przyp. Mila) poza tym jednym stoją do dzisiaj?

Pani Maria: Tak. Stoją do dzisiaj.

Mila: Czyli ta okolica nie była specjalnie zniszczona?

Pani Maria: No nie, no bo to było nad wykopem, tam wybierali żwir i do portu wozili tam, wagonikami, jeszcze w czterdziestym dziewiątym roku, to… i jest właśnie podkopana taka góra wysoka taka i jak wejść na nią, to widać panoramę Szczecina.

Mila: Wzgórze Akademickie…

Pani Maria: A, to nie wiem jak to się nazywa.

Mila: Ten rów, który jest przy ulicy Gwiaździstej powstał w wyniku wybierania żwiru do portu… wywożonego do portu?

Pani Maria: Tak. Tak jest i to było wywożone. Tak.

Mila: I to w czterdziestym dziewiątym roku jeszcze miało miejsce?

Pani Maria: Jeszcze miało miejsce, to jeszcze za mnie widziałam przez ulicę jeszcze jeździły wagoniki i od tamtej pory to już się nic nie działo.

Mila: Wagoniki jeździły wzdłuż ulicy Gwiaździstej?

Pani Maria: Dołem, dołem, tutaj jak wykop był, wyjeżdżali koło wiaduktu i tam dalej…

Mila: Przez ulicę Granitową pod wiaduktem?

Pani Maria: …pod wiaduktem i do nasypu kolejowego i tam na wagony do portu suwali

Mila: Do nasypu tutaj w tym miejscu gdzie wodociągi?

Pani Maria: Tak, tak, tam były działki.

Mila: Na terenie obecnych wodociągów?

Pani Maria: Przy… obok, a potem już to wszystko…

Mila: Tam na nasyp kolejowy, który istnieje do dzisiaj?

Pani Maria: Tak.

Mila: I wywożono pociągami przez Regalicę do centrum?

Pani Maria: Tak, tak. To tyle pamiętam. Ale w ogóle w danej chwili jeszcze, w czterdziestym dziewiątym roku, pięćdziesiątym, po prostu Podjuchy były.. pół na pół gospodarze, wiejskie gospodarstwa mieli. I codziennie wyganiano pięćdziesiąt krów właśnie pod wiaduktem na te łąki…

Mila: Właśnie z okolic ulic Nowotarskiej i Złotej?

Pani Maria: To już dalej z Podjuch. Na Nowotarskiej to tylko był jeden gospodarz, a były w centrum Podjuch gospodarze i to… tam było pięćdziesiąt krów i właśnie dwa razy dziennie ganiano te krowy.

Mila: A gdzie te gospodarstwa się znajdowały?

Pani Maria: To było rozmieszczone. Kilkoro gospodarzy po prostu zwołali się i każdy dał tam po jednej-dwie krowy i się zbierało.

Mila: I taki spęd był? Stado pędzono…

Pani Maria: Ulicą Granitową te krowy szły na tą łąkę… nie było jeszcze takiego ruchu jak obecnie, tam dzisiaj to te krowy były pozabijane, albo by był zator na ulicy. Ale wtedy to można było swobodnie sobie paść te krowy. A dzisiaj to się krowy w Podjuchach chyba nie znajdzie (śmiech). Jest po prostu miasto, dzielnica mieszkaniowa.

4964 Wyświetleń | 0 Komentarze | Oceny: (1 Ocen)
Opcja komentarzu dla tego została wyłączona.
Działa na MySQL Działa na PHP Powered by SMF 1.1.7 | SMF © 2006-2007, Simple Machines LLC
TinyPortal v0.9.8 © Bloc
Modyfikacja i przystosowanie przez rwpb i Fitek
Prawidłowy XHTML 1.0! Prawidłowy CSS!