Jedyny Portal Prawobrzeza
23 Kwiecień 2017, 07:26:23 *
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
Aktualności: Używamy plików cookies w celu optymalnej obsługi Państwa wizyty na naszej stronie. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
 
   Strona główna   Forum Pomoc Szukaj Zaloguj się Rejestracja  
12 Wrzesień 2010, 09:29:00
Historie Prawobrzeża
W obszernej sali baraku zebrali się wszyscy oficerowie pułku. Pułkownik informuje o powołaniu polskiej komendy wojennej w mieście Starym Dąbiu oraz komend wojennych w miasteczkach i większych wsiach, informuje o zadaniach. Słucham i nie bardzo wiem, o co chodzi, bo z taką formą działalności wojskowej dotychczas się, nie spotkałem. Pułkownik wyjaśnia stylem wojskowym. Obsada komendy wojennej w Dąbiu będzie się składała z trzech oficerów, trzech podoficerów, szefa i od 10 do 15 żołnierzy. W sali jest nas około 60 oficerów z całego pułku. Słuchamy z zainteresowaniem, bo właściwie, jak wynika z tego co powiedział pułkownik, nasza jednostka przyjmuje zupełnie nowe obowiązki. Właściwie tu w pasie przyfrontowym walki w nocy i za dnia z błąkającymi się grupkami Niemców nie należą do rzadkości. Nie ma dnia, aby wyznaczony pluton nie wyjechał w teren „na akcję", jak to się popularnie mówiło. Przecież Szczecin był jeszcze terenem dogasających sporadycznych walk z wycofującymi się Niemcami. Co prawda nasz codzienny tok pracy w plutonach był nastawiony pokojowo, o czym świadczył rodzaj zajęć szkoleniowych, nauki musztry itp. Właściwie wszyscy to odczuwali. Codzienne zajęcia według ustalonego planu obok zrywów czysto bojowych, jak nagle alarmy i wyjazdy wyznaczonych plutonów czy nawet kompanii w teren do zwalczania dywersji, a częściej luźno wałęsających się grup pogubionych, zdezorientowanych żołnierzy niemieckich. Mieliśmy do dyspozycji kilka samochodów ciężarowych dostosowanych do przewozu żołnierzy. Często w teren wyjeżdżał pluton fizylierów „aftomatczyków". W sali mglisto, niebieskawe powietrze od dymu papierosów przydziałowych „junaków". Też palę i to dość dużo. Już mnie język szczypie, kołowacieje. Ale co robić? W takiej atmosferze pali się automatycznie. Z kolei szef pułku informuje nas o kierunku szkolenia w plutonach na najbliższy tydzień oraz zapowiada w najbliższych dniach rozpracowanie obsady komendy wojennej w najbliższym nam miasteczku Stary Dąb i komend wojennych wiosek, wioseczek, gdzie w zasadzie komendą będzie patrol w sile podoficer i dwóch, względnie trzech szeregowych. W sali gwar. Tworzenie się komend wojennych to coś nowego w naszym szarym, codziennym życiu. I zmiana tematu: szef informuje, że krucho trochę z orkiestrą pułkową. Są wprawdzie instrumenty muzyczne, ale nie wszystkie pasują do zespołu - a honorem naszego pułku, wiecie koledzy, jest orkiestra... trzeba rozejrzeć się, popatrzeć... no, szef wszedł w trans gadki na temat politycznego znaczenia i roli orkiestry pułkowej. Gdy skończył już mocno rozgrzany i spocony, pomyślałem, że z powodu marnej orkiestry pułkowej z tworzącego się właśnie ustroju socjalistycznego nici, w ogóle nic nie będzie, no, bo jak może być bez orkiestry? Wiemy dość dokładnie o położeniu jednostek radzieckich i jednostek polskich na terenie Niemiec; o aktualnej sytuacji na arenie politycznej informuje nas oficer polityczny pułku. Zresztą nieomal codziennie otrzymujemy na piśmie (druk maszynowy) ostatnie wiadomości, z którymi Z kolei zapoznajemy żołnierzy w plutonach i kompaniach. Dowiadujemy się o strasznych obozach śmierci, jak: Dachau, Guzen, Oświęcim, Majdanek. W codziennej pracy plutonu obok nauki teoretycznej duży nacisk kładzie się na opanowanie przez, żołnierzy elementów obrony i natarcia, przecież nie wiadomo, czy nasza jednostka nie otrzyma zadania poza granicami Odry, bo sporadyczne walki trwają. Wiemy też, że duże jedności bobowe niemieckie zostały odcięte i buszują po rozległych lasach w okolicach Szczecina i Kamienia Pomorskiego. Częste wypady Niemców, napady na osiedleńców a nawet żołnierzy świadczą o ich ciągłej agresywności i determinacji. Właśnie przedwczoraj nasz patrol pochwycił w odległości około dwóch kilometrów od obozu grupkę niemieckich żołnierzy, obdartych, zarośniętych, którzy ukryli się w zburzonym domu. Zdradził ich dym z komina. Mieli przy sobie karabiny, bagnety, maski przeciwgazowe, pełne uzbrojenie: Nie bardzo wiedzieli, co maja ze sobą począć.l Chcieli przejść przez lotnisko do przeprawy przez Regalicę i dalej dostać się w głąb Niemiec. Zbliża się wieczór, pochmurno, ciepło, zanosi się na deszcz. Siedzę w swoim pokoiku i przeglądam instrukcje, regulaminy, aby móc coś powiedzieć następnego dnia podczas szkolenia. Chce rozważyć to, o czym mówił pułkownik na ostatniej odprawie, a mianowicie o lekceważeniu służby wartowniczej, czego wynikiem było zabójstwo wartownika. Chce specjalnie uczulić mój pluton na bezwzględną czujność podczas pełnienia warty, na to, że jesteśmy w terenie obcym, jeszcze bardzo niebezpiecznym, że jesteśmy w stanie ostrego pogotowia, że jesteśmy narażeni na napady może nie tu gdzie pułk kwateruje, ale tam, gdzie oddala się pojedynczy żołnierz czy małe grupki. Nieprzyjaciel prowadzi intensywną sabotażową robotę. Te tajemnicze pożary w pobliskich wsiach, pożary w pobliskim miasteczku Stary Dąb dobitnie o tym świadczą. Nieomal codziennie jakiś pododdział wyjeżdża w teren, gdzie często potykał się z grupami faszystów. Jutro też przeprowadzę intensywne szkolenie posługiwania się rusznicą ppanc, opanowanie taktyki stosowania walki w zabudowaniach, na co zresztą zwrócono nam uwagę na odprawie. Słyszę, jak krople deszczu monotonnie uderzają o szyby. Nie lubię tak samemu siedzieć, ale teraz jest już za późno i do nikogo nie pójdę na pogawędkę. Zjadłem jeszcze pozostały chleb z masłem z kolacji, popiłem kawą, zabrałem się do porządkowania moich osobistych rzeczy. Idę spać, jestem znużony, jutro samo i tak od rana do wieczora. Tworzenie się komend wojennych w miastach, miasteczkach i wsiach jest konieczne w celu doraźnego objęcia nowego terenu, ze względu na stopniowy napływ osadników z głębi Polski, osadników, którzy wracając z prac przymusowych z Niemiec tu się zatrzymują, obejmują poniemieckie mieszkania, aklimatyzują do nowych warunków życia. To są pierwsi pionierzy, pierwsi osadnicy przybyli tu w bardzo ciężkich junkrach, aby zasiedlać i umacniać Polskę. Oni przyszli gospodarzyć na starych ziemiach słowiańskich, ziemiach naszych ojców. Po wyjaśnieniu majora co do podstawowych zadań komendy zadajemy pytania dotyczące organizacji administracji cywilnej. W najbliższych dniach będzie zorganizowany Tymczasowy Zarząd Miejski, także komórka Milicji Obywatelskiej. Zresztą gdy tam zaczniemy urzędować, wszystko się wyjaśni, bo przecież wszystko będzie się skupiało w Komendzie Wojennej. Po pierwsze należało wprowadzić ład i porządek na zajętym terenie, stworzyć podstawy do przeprowadzenia akcji osadniczej przez rozmieszczenie pozostałej i napływającej ludności i zapewnić jej choćby minimum bezpieczeństwa, nawiązać łączność i komunikacją z resztą kraju, bez której jakiekolwiek przyjmowanie i rozmieszczenie nowej ludności nie było możliwe. Ludność ta musiała jakoś żyć, należało więc zorganizować aprowizację, handel, drobny przemysł i rzemiosło. Komendantury wojenne na Pomorzu Zachodnim zaczęto organizować w początkach lutego 1945. Były organizowane w ramach poszczególnych frontów i tak: na Pomorzu Zachodnim istniały w jednej jego części komendantury I Frontu Białoruskiego, a w drugiej komendantrury II Frontu Białoruskiego. Nasza komendantura w miasteczku Stary Dqb należała do I Frontu Białoruskiego. Z chwilą gdy l Front Białoruski przemieścił się w kierunku Berlina, II Front Białoruski przejął wszystkie komendantury aż do końca wojny, obejmując część województwa szczecińskiego i koszalińskiego. Tworzono także powiatowe (obwodowe) komendantury wojenne. Powiat dzielono na rejony i mianowano rejonowych komendantów wojennych. Wychodzimy w trójkę od szefa, idziemy do kasyna pogadać, rozważyć, zastanowić się jak przystąpić do pracy, umówić się konkretnie, kiedy wyruszymy do miasta, jak sobie zorganizujemy nową placówkę. Siedzimy przy stole nakrytym ładnym kolorowym obrusem. Zamówiliśmy herbatę i kanapki z razowego chleba z jakimś serem. Myślę: Banaś z drugiej kompanii strzeleckiej miał pluton, Gorzkowski też z drugiej kompanii drugiego batalionu, ja z plutonu rusznic ppanc. Poznaliśmy się już, mówimy sobie po imieniu, taki to zwyczaj w wojsku. Ustalamy: za dwie godziny, a więc o godzinie 15 zbieramy się przed sztabem i w trójkę pójdziemy do miasta choć pobieżnie zobaczyć, jak właściwie wygląda, przeprowadzić podstawowe rozpoznanie w terenie. Jutro od rana zabieramy naszych ludzi i po wybraniu budynku przystąpimy do pierwszych prac, do organizowania Komendy Wojennej. Punktualnie wyruszamy na podbój miasteczka Stary Dąb. Idziemy na ukos przez lotnisko w kierunku szosy przecinającej lotnisko i zdążającej w kierunku Regalicy, wschodniej odnogi Odry. Każdy z nas ma torbę polową, a w niej trochę czystego papieru. Może się przydać, trzeba będzie jeszcze dzisiaj wieczorem złożyć wstępny meldunek. Idziemy szeroką szosą wykładana kostką granitową. Nawierzchnia nierówna, wgłębienia po gąsienicach czołgów, żółtawe pagórki piasku. To zasypane wyrwy i doły po pociskach zrzucanych na lotnisko. Z prawej strony drogi widać szereg ładnych budynków willowych pomalowanych ciemnozieloną farbą w różne pasy ochronne. Tłem szeregu budynków są aleje wysokich drzew topolowych, gęste krzewy okalają nieomal każdy dom. Blisko szosy cuchnące powietrze. Przechodzimy obok płonących zdechłych koni, które polane benzyną paliły się jasnym płomieniem. Był rozkaz natychmiastowego palenia napotkanej padliny ze względu na możliwość wybuchu epidemii. Często spotykało się po polach czy łąkach samotnie pasące się bezpańskie konie, chore opuszczone krowy, wałęsające się bezpańskie psy, które wygłodniałe podchodziły pod budynki i baraki na lotnisku. Wchodzimy w dość szeroką szosę obramowaną z dwóch stron wyrosłymi starymi drzewami kasztanowymi i lipowymi. Szosa miejscami wyłożona kamieniem polnym, odcinkami kostką granitową. Po lewej stronie szosy z dala widnieje niebieskawe lustro Jeziora Dąbskiego. Równina wzdłuż jeziora. Wspaniałe, pachnące łąki. Domy i domki po obu stronach szosy. Widać zrujnowane ogrody pełne wraków, wszelkiego żelastwa i sprzętu. Wchodzimy w ulicę. Początek stanowią domy dwu- i trzypiętrowe. Dotychczas nikogo nie spotykamy.
4476 Wyświetleń | 0 Komentarze | Oceny: (0 Ocen)
Opcja komentarzu dla tego została wyłączona.
Działa na MySQL Działa na PHP Powered by SMF 1.1.7 | SMF © 2006-2007, Simple Machines LLC
TinyPortal v0.9.8 © Bloc
Modyfikacja i przystosowanie przez rwpb i Fitek
Prawidłowy XHTML 1.0! Prawidłowy CSS!