Jedyny Portal Prawobrzeza
23 Kwiecień 2017, 07:32:02 *
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
Aktualności: Witamy w Portalu Prawobrzeża Szczecina i zapraszamy do rejestracji. Jako zarejestrowany i zalogowany użytkownik możesz znacznie więcej.
 
   Strona główna   Forum Pomoc Szukaj Zaloguj się Rejestracja  
03 Październik 2010, 10:27:00
Historie Prawobrzeża
Dochodziło do walk z uzbrojonymi bandziorami, którzy szukali sposobności do kradzieży; należy pamiętać, że grasowali tacy po szosach, po wsiach. Byli to ludzie chcący się szybko, za wszelką cenę wzbogacić, nie gardzący nawet podłością. Jeszcze grasowały bandy dezerterów, jeszcze padali ludzie od skrytobójczych kul. Kiedyś w połowie sierpnia, rano, zauważyliśmy leżącego na ulicy w pobliżu komendy zabitego starszego człowieka, nie posiadającego żadnych dokumentów, jedynie w zniszczonej marynarce miał bilet kolejowy z Poznania. Kto go zabił, dlaczego? Chyba w celu rabunkowym, ale jaki ten człowiek mógł mieć majątek przy sobie? Ubrany w stare wytarte ubranie, stare buty... A może to dzieło dywersji niemieckiej? Raczej tak, bo dla nich każdy Polak był po prostu wrogiem. Innym razem znów spotkaliśmy dwóch mężczyzn zamordowanych w ruinach domów w pobliżu dworca kolejowego. W mieście jednak życie stopniowo normowało się, nastawał powoli spokój, ale trzeba było zawsze być ostrożnym i czujnym. Okolice miasteczka Dąbia, a szczególnie tereny zalesione, rozległe łąki nadodrzańskie były przez długi czas siedliskiem różnych band... Ja w niedzielę dosiadałem naszego konia wierzchowca. Ach, co to był za koń! Wysoki, nadzwyczaj spokojny, miał piękny równy chód, szedł dostojnie stępa, a w galopie niezrównany, wyczulony na najmniejszy sygnał dany kolanem, ostrogą czy wędziskiem. Lubiłem na nim jeździć, miał lekki i płynny galop. Zwykle objeżdżałem miasto, zaglądałem do różnych domów, will, do zachwaszczonych ogrodów, zrywałem przy tej okazji jabłka, grusze... Podziwiałem piękne róże wyrosłe pośród bujnego chwastu, wybijały się w górę, chciały przerosnąć swoje otoczenie, wysuwały kwiat do przodu lub ku niebu, przebijały się. Nie zawsze się to udawało, chwast dziki, zachłanny miał większa siłę, otaczał róże mackami, starał się je zniweczyć Zaglądałem do rozbitych piwnic, wszędzie bałagan, wszędzie porozpruwana pościel, stosy pierza, węgiel, drewno, porozbijane słoje po zaprawach, chaos świadczący o tym, że byli tu ludzie, mało, że zabierali, co przedstawiało jakąś wartość, lecz przy tej okazji niszczyli. Myślałem: kiedy zdołamy to wszystko doprowadzić do porządku? Wprowadzić nowe życie? Kiedy ta pustynia ożyje nowym pulsem? Po drodze spotykam znanych mi już repatriantów, rozmawiamy, dowiaduje, się, że po prawej strony od ulicy Goleniowskiej, druga od cmentarza, zamieszkali nowi ludzie przybyli z Poznania. Mieszkają w domkach jedno- lub dwurodzinnych zajmując parterowe pomieszczenia, bo wyższe zostały zalane przez wodę. Jutro pójdę tam z ludźmi z komendy zobaczymy: kto przybył? Czy z rodziną? Czy sam? Jaki ma zawód? W czym nam gdzie pomocny? No i trzeba ich zarejestrować, poinformować o działalności już zorganizowanych komórek administracyjnych. Jak to się popularnie mówi, każdy miał swego konika, z tym, że ja miałem go w rzeczywistości, choć nigdy nie byłem kawalerzystą i konia przedtem nie dosiadałem, teraz za to nadrabiałem wszelkie zaległości w jeździe konnej. Nasze środki lokomocji służyły nam także do stałego utrzymywania kontaktu z naszą jednostką wojskową zlokalizowana w budynkach koszarowych na lotnisku. Jak już wspomniałem, poza przybyszami, którzy zamieszkiwali rejon ulic śródmieścia, mieliśmy jeszcze w Dąbiu w drugiej połowie lipca grupę Niemców pozostałych na miejscu. Przeważnie byli to ludzie starsi, kobiety, dzieci, no i młodzież w wieku do szesnastu lat. Zamieszkiwali rejon ulicy Dziennikarskiej, Koszarowej, dzisiejszej Wrzesińskiej, Helskiej, Wejherowskiej i inne, po prawej stronie ul. Goleniowskiej. Wszyscy osadnicy, repatrianci byli już zameldowani w administracji miejskiej w Dąbiu. Pan Bronisław miał dowód zameldowania z datą 5 lipca 1945 r., co prawda pisany na odwrotnej stronie niemieckiego pisma reklamowego. Trudno, czystego papieru nie było. Już formował się i krzepł aparat administracyjny miasta. Energiczny, dobry organizator miasta burmistrz p. J. Balcerzak oraz jego najbliżsi współpracownicy — Chrzanowski, Skalski, Rychcicki i inni, pierwsi tworzyli zaczątki polskiej prawnej administracji na Pomorzu Zachodnim włączonym do Macierzy. Było wielu innych, o których nie wspominam, lecz to już wina zawodnej pamięci. W 1946 r. zorganizowano społeczną ochotniczą straż pożarną, której Bronisław Hołyński był prezesem, istnieje w jego rodzinnym archiwum dokument erekcyjny pisany tuszem na pergaminie o zawiązaniu straży. Znajdują się tam również pisma dotyczące działalności i powołania Tymczasowej Rady Narodowej przy Zarządzie Miejskim w Starym Dąbiu w grudniu 1945 r., dokumenty świadczące o powstaniu i zorganizowaniu pierwszej administracji Zarządu Miejskiego oraz Komendy M.O. To stare miasteczko z pewnością było miasteczkiem zieleni, choć tak bardzo ucierpiało podczas działań wojennych, nieomal w 70 procentach legło w gruzach. Dużo tu na każdym kroku ogrodów, mniejszych lub większych. Kiedyś było samodzielnym miasteczkiem znanym Altdamm, Stary Dąb, nieraz nazywano je po prostu Dąbiem. Wkrótce po ustaniu działań wojennych, nieomal na każdym kroku spotykało się strasznie okaleczałe drzewa, połamane, niekiedy wyrwane z korzeniami podmuchem wybuchów, drzewa-zawalidrogi na ulicach miasta. Prawie każdy dom miał od frontu ogródek czy ogród. Na zapleczu domów ciągnęły się ogrody pełne drzew owocowych, drzew szlachetnych, różnych krzewów. Wszystko to było w mniejszym lub większym stopniu zdewastowane. W ogrodach zarastały ruiny zburzonych, wypalonych domów, różnego rodzaju meble, rozmaity sprzęt domowy, jakieś żelastwo, skrzynie, skrzynki po amunicji, obrazy, listy — wszystko, co wyrzuciły wnętrzności domu. Bujna trawa częściowo je przykryła, ale ruiny panowały pośród drzew. Dawny, piękny park to rumowisko połamanych drzew, wy-kopów, cegieł, różnego sprzętu wojennego, były tam koła samochodowe, wraki rozbitych wozów. Ślady ucieczki Niemców przed pochodem I Frontu Białoruskiego a z nim polskiej armii. Było jednak — powtarzam — miastem zieleni, zieleń zabliźniała rany, pobudzana niespożytą siłą przyrody, wyrastała na nowo, drzewa, choć okaleczałe, pokryły się zielenią. Zieleń wykwitła na rumowisku smutnego miasta. Lipiec 1945r.— piękny, pogodny, miesiąc pełen dojrzałej przyrody. Ogrody otoczone były bądź murem, bądź siatką drucianą. Pozostały tylko pogięte słupy betonowe i pręty żelazne. Rzeczka Płonią zabrudzona, pełna żelastwa, odłamów drzew, zawalona gruzem, kamieniami. Płynie przez skraj miasta. Przecina ulicę Racławicką, gdzie rozdziela się na dwa ramiona obejmujące część śródmieścia, zaś krótko przed ulicą Przestrzenną łączy się znów w jeden nurt wpadając do jeziora Dąbie przez piękne rozległe łąki. Ma jeszcze i trzecie rozgałęzienie. Wartki strumyk, który przechodzi przez ulicę Gryfińską, krótkim odcinkiem towarzyszy ul. Klombowej i zgodnym rytmem włącza się do właściwego nurtu osiągając jezioro. Koryto rzeczki obrośnięte bogatym drzewostanem, krzewami. Rzeczka zanika wśród drzew, teraz niemiłosiernie okaleczałych. Woda ma przykry zapach zgnilizny, bo czego tam nie ma na dnie. W lipcu, sierpniu i wrześniu sprzątano ulice: gruz, brudy, śmiecie wyrzucano do rzeczki. Znajdowały się tam gnijące szmaty, materace, butwiejące części zniszczonych mebli... Krążąc po rozbitych ogrodach, spotykałem bezpańskie pasieki, niektóre zniszczone, umarłe, puste. Życie przyrody biegnie utartym torem, jest niezniszczalne: roje pszczół znalazły swoje miejsce w okaleczałych pniach drzew, na wysokich drzewach topolowych czy lipowych. Od łąk wiał duszny zapach lata, powietrze drgało żarem promieniowania ziemi. 16 lipca był dniem prawdziwie letnim — bez chmur, pogodnym, wyiskrzonym promieniami słońca. Daleko u krańca żyznych łąk oślepiała patrzącego tafla Jeziora Dąbskiego. Bezkresne równiny łąk były siedliskiem różnego rodzaju ptactwa. Tak kwitło na przekór zniszczeniu życie łąk, wody i ziemi. A przy drodze — samotna mogiła, na niej krzyż Pański i płaski hełm. To nie nasz hełm ani niemiecki. Kto tu padł przy drodze, na skraju pięknych łąk tętniących życiem? Chyba żołnierz z dalekich stron, z armii sprzymierzonych. Może lotnik? Ziemia go przyjęła łaskawie nie pytając o pochodzenie... Nieomal w każdym ogrodzie rosły krzewy owocowe porzeczek, agrestu oraz drzewa owocowe — jabłonie, grusze, śliwki. Niekiedy drzewa o dziwnym kształcie z płasko rozchodzącymi się konarami, drzewa niegdyś pielęgnowane, gdyż z układu korony widać było, że je przycinano. Rozrastały się naginając swe gałęzie do obudowania, do ramy drewnianej, do której były przymocowane. Spotykałem altanki, zaciszne, ukryte pod kapeluszem pnącego się bluszczu bądź wina. Altanki... Jakże często, penetrując zapuszczone ogrody, spotykałem fotele wiklinowe, stoły, nakrycia, wazony z zeschłym kwieciem, a gdzie indziej szpadle, grabie, grace, konewki, nożyce i różne drobiazgi potrzebne do robót ogrodowych związanych z uprawą czy szczepieniem drzew. Coś tu umarło, a przecież nie tak dawno musiało tętnić życiem. Coś także się rodziło. Na drzewach dorodne owoce. Kto je zbierze? Mało jeszcze nowych przybyszów w mieście, a ogrodów wiele, to i owoców dla wszystkich starczy.W wędrówkach z patrolem komendy napotykaliśmy w ogrodach wyraźne ślady nie tak dawno skopanej ziemi, co wyraźnie odcinało się od otaczającego tła. Niemcy uciekając w ostatniej chwili, ewakuowani przez oddziały SS, jeszcze wierzyli, że wkrótce powrócą i dlatego zakopywali do ziemi porcelanę kuchenną, nieraz mało ważne w danej chwili przedmioty użytku domowego, jak szczotki, buty owinięte w szmaty, prześcieradła... W ziemi tkwiły skrzynie z garderobą, bielizną, ba, nawet z pierzynami czy poduszkami. Właściwie to już nie nadawało się do użytku. Blisko pół roku leżało w ziemi dość płytko, narażone na deszcze, mokło, pokryło się plamami śniedzi, śmierdziało zwietrzeniem, gniciem Nieraz w ogrodach napotykałem porzucone motorowery, rowery, motocykle, samochody przeważnie częściowo rozmontowane. W tych rejonach początkowo mało kto się osiedlał, ponieważ ludzie bali się samotnie mieszkać z dala od centrum, domy stały tam opuszczone, jakoby zapomniane. Stały tak na marginesie miasta w całej krasie lata i jesieni. Ulicę Goleniowską przecinają pod kątem prostym w prawo i w lewo krótkie uliczki, dzisiejsze: Helska, Mirosławska, Wrzesińska, Toruńska, z prawej zaś Pucka, Wejherowska, Tczewska, dalej już Kamieńska, Kostrzyńska. Ulica Goleniowska szeroka jak przystoi na ulicę główną, przelotową, wyłożona była drobną kostką granitową. Za dworcem kolejowym, starym odrapanym barakiem drewnianym, biegła przecinając tory kolejowe szeroka wstęga szosy Pomorskiej, zdążającej w strony Stargardu. Tu przy skraju szosy leżały pudła, skrzynki amunicyjne z czarnymi napisami, których nie rozumiałem. Skróty wojskowe, jakieś nie znane litery, liczby, znaki. Kamienie granitowe oznaczające kilometry powywracane, to znów połamane drogowskazy pisane w języku niemieckim i rosyjskim, rozjazdy biegnące z szosy w pole, widoczne znaki wymijania na szosie. Ten obszar patrolowałem wielokrotnie, była to główna droga, którą zdążali nasi handlowcy do Stargardu po zakupy, droga niebezpieczna, zdarzały się. tam często napady, uzbrojone bandy napadały i ograbiały łudzi z trudem zdobywających środki do życia. Tam właśnie zamordowano znanego piekarza z Dąbia Branta wraz z czeladnikiem piekarskim i innym młodym człowiekiem, gdy, bodaj w pierwszej połowie sierpnia, wracali wozem z zakupami (z mąką przydziałową) ze Stargardu do Dąbia. Wiem, przypominam sobie, zabito ich, wszystko im zrabowano. Gdy nas wtedy powiadomiono, udaliśmy się tam w dwa patrole z komendy w sile dziesięciu ludzi, ale nic specjalnego nie zastaliśmy. Na całym odcinku głucho i pusto. Ani żywej duszy. Dopiero później, po trzech tygodniach ludzie podążający stamtąd mówili, że widzieli przy szosie, na skraju lasu trzy nieznane mogiły. Wałęsały się bandy cywilne ludzi zgangrenowanych moralnie, bandy różnych wyrzutków społecznych szukających tu na nowych ziemiach lekkiego chleba, a i bandy maruderów frontowych, różnego rodzaju dezerterów, którzy pod płaszczykiem rewizji okradali, grabili mienie, drobne grupy byłych żołnierzy niemieckich, którzy zwalniani przez władze radzieckie z obozów jenieckich, dążąc w kierunku okupowanych Niemiec, dokonywali grabieży i rozbojów. Niełatwa była walka z ukrytym wrogiem wyzyskującym słabą organizację nowych władz i nie zawsze skuteczne środki przeciwdziałania. Cóż znaczyło dziesięciu ludzi komendy wojennej wobec rozległego miasta i okolicy Dąbia. W samym mieście toczyliśmy nieraz ostre utarczki z bandami cywilów różnych narodowości przebranych w wojskowe mundury, którzy nie mieli żadnych dokumentów. Tłumaczyli się: zabrali nam wszystko po drodze albo zgubiliśmy dokumenty. Tak było w lipcu, sierpniu, tak jeszcze było we wrześniu czy październiku 1945 r. Tylko dzięki bezwzględnej walce podjętej przez wewnętrzną służbę wojskowa, tak polską jak i radziecką oraz specjalne oddziały porządkowe, nie dochodziło do walk otwartych. Warunki sprzyjały raczej elementom przestępczym, a nie obrońcom ładu i porządku. Pamiętam kilka zorganizowanych napadów na naszą komendę, pamiętam regularną strzelaninę na ulicach, pamiętam jak dwoma erkaemami ostrzeliwaliśmy się gęsto z okien komendy do chwili przybycia pomocy z naszego pułku. Wychwytywano napastników przebranych w wojskowe mundury, odsyłano ich do punktu postoju dywizji. Były to odpryski wojennego wulkanu.
4775 Wyświetleń | 0 Komentarze | Oceny: (1 Ocen)
Opcja komentarzu dla tego została wyłączona.
Działa na MySQL Działa na PHP Powered by SMF 1.1.7 | SMF © 2006-2007, Simple Machines LLC
TinyPortal v0.9.8 © Bloc
Modyfikacja i przystosowanie przez rwpb i Fitek
Prawidłowy XHTML 1.0! Prawidłowy CSS!