Jedyny Portal Prawobrzeza
30 Kwiecień 2017, 18:38:16 *
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
Aktualności: Używamy plików cookies w celu optymalnej obsługi Państwa wizyty na naszej stronie. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
 
   Strona główna   Forum Pomoc Szukaj Zaloguj się Rejestracja  
10 Październik 2010, 20:52:00
Historie Prawobrzeża
Już od rana zapowiadała się piękna sierpniowa pogoda. W komendzie ożywiony ruch. Niedziela. Z tym dniem zawsze łączy się coś uroczystego, weselszego, coś co trudno określić, a co każdy podświadomie odczuwa. Nasi żołnierze już w sobotę urządzili generalne pranie bielizny, skądś wytrzasnęli śnieżnobiałe żaboty (kołnierzyki przyszywane do kołnierzy bluz wojskowych), jednym słowem — jak inni ludzie! Ja cieszyłem się niedzielą. W tym dniu mieliśmy dzień wolny poza szczupłą służbą, ograniczającą się do jednego patrolu wysyłanego do miasta w godzinach od 11 do 18, oraz wartownika przy wejściu do komendy. Wolnym krokiem wychodzę do miasta w stronę kościoła w lewo od komendy. Chyba będzie piękna pogoda, bo już o godzinie 9 słonko zaczyna grzać, w powietrzu cisza, tak jakoś mi przyjemnie. Po drugiej stronie ulicy spotykam mężczyzn i kobiety zdążających do kościoła. Wszyscy odświętnie ubrani, podążają krokiem spokojnym, rozmawiają między sobą dość głośno, gestykulują, nawet śmieją się. Pozdrawiam znajomych, zatrzymuję młodego człowieka, który ze trzy tygodnie temu przyjechał do nas się osiedlić, z zawodu elektryk. Pytam, jak będzie ze światłem u nas w mieście. Wiem, że przyjechało kilku specjalistów, którzy zajmują się uruchomieniem naszej elektrowni. Wiem też, że niektórzy mieszkańcy próbują sami sobie założyć światło elektryczne doprowadzając zniszczoną instalację do porządku. Mój rozmówca mieszka przy ulicy Gryfińskiej. Zauważył w kilku mieszkaniach brak zegarów elektrycznych. Wyszabrowano zegary wyrywając je wprost ze ścian, nierzadko beztrosko wraz z przewodami. Uważa, że w poszczególnych domach trzeba naprawić instalację, wmontować na nowo zegary, później podłączyć do głównych przewodów ulicznych, jeśli te nie zostały uszkodzone przez wykopy i leje po pociskach. On sam od kilku dni penetruje zburzone domy, szuka zegarów elektrycznych, aby przystąpić do założenia domowej instalacji. Nie jest to sprawa prosta. Nie ma prostych bezpieczników, typowych oprawek. Najważniejsze jego zdaniem jest uruchomienie elektrowni, naprawa sieci ulicznej i doprowadzenie światła do głównych ulic śródmieścia i do zamieszkałych domów, co będzie można wykonać w najbliższym czasie. Jest rozmowny, ale co najważniejsze poważnie i z zapałem zabrał się do pracy. Chodzi to tu, to tam, przegląda stan przewodów, był w tej sprawie w Tymczasowym Zarządzie Miejskim, przedstawił swój plan, swoje kłopoty, zna trudności, ale wierzy, że pomału doprowadzi światło do mieszkań. Przed kościołem w grupkach stoi dość dużo ludzi. Stoją na chodniku przy niskim obmurowaniu placu kościelnego, stoją na cmentarzu, na placu zresztą dość małym, okalającym stary, duży, sędziwy kościół — były ewangelicki, obecnie katolicki — przejęty przez administrację kościelną, mamy już pierwszego księdza proboszcza, ks. E. Krugera. Jest to człowiek młody, wysokiego wzrostu o ładnym głosie. Jest też i brat zakonny posługujący, jest organistą — pięknie gra na nie uszkodzonych organach. Nowi mieszkańcy Starego Dąbia, oczekując na rozpoczęcie mszy św. miedzy sobą rozmawiają, wymieniają swe spostrzeżenia, nawiązują stosunki handlowe, umawiają się do wzajemnych odwiedzin, wzajemnie udzielają sobie informacji w sprawach wyżywienia, zaopatrzenia, załatwiają swoje sprawy w myśl przysłowia: wiedzą sąsiedzi, jak kto siedzi. Za kościołem stoją na ulicy dwa wozy małe, wąskie, drabiniaste, wymoszczone słomą wozy, które już nieraz spotykałem u nas w mieście, ale wozy typowe dla okolic zza Bugu, z charakterystycznym pałąkiem przy uprzęży konia. Ludzie ze wsi, przyjechali pewnie, aby zobaczyć jak wygląda miasto, rozejrzeć się w świecie, po prostu spotkać łudzi. Kościół i parafia w Szczecinie-Dąbiu wstępuje na widownię dziejową w 1121 r., kiedy to gród Vadam został zniszczony przez wyprawy Bolesława Krzywoustego na Pomorze Zachodnie. W 1282 r. książę Bogusław I daruje klasztorowi cysterskiemu w Kołbaczu posiadłość Damba wraz z przyległymi do niej gruntami po obu stronach rzeki Płoni. Do roku 1534 parafia i kościół podzielają los powszechnie panujących warunków życia religijnego, społecznego i kulturalnego na Pomorzu Zachodnim. 13 grudnia 1534 r., na sejmie w Trzebiatowie książęta pomorscy przystąpili do protestantyzmu, a tym samym położyli kres działalności kościoła katolickiego na ziemiach sobie poddanych. Od 1534 do 1945 r. kościół Mariacki w Dąbiu był w rękach protestantów i służył jako kościół parafialny mieszkańcom tego miasta. W 1945 r. 12 sierpnia, po 411 latach użytkowania przez protestantów, kościół Mariacki w Dąbiu ponownie został przejęty przez katolików. Wyświęcony został pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia NMP i służy obecnie jako kościół parafialny. Dzień 12 sierpnia był dniem uroczystym dla naszego miasta. O godzinie 10, kto tylko wówczas zamieszkiwał miasto, znalazł się w nim przelotnie, spieszył do kościoła na uroczystość, na urzędowe przejęcie i wyświęcenie kościoła. Wewnątrz poważnie uszkodzony, otwory dawnych okien witrażowych zasłaniały ciągnące się od góry aż do posadzki zasłony. Z prawej strony głównego ołtarza szeroka zasłona zasłaniała całkowicie otwór okienny, była koloru żółtego, papieskiego. Dwa długie okna witrażowe za ołtarzem pozbawione właściwego wystroju, ciągnące się prawie do połowy wysokości kościoła, były przysłonięte pięknie spiętymi flagami narodowymi ze stylizowanym orłem wyciętym z arkusza papieru brystol-owego przez naszego kaprala Leszcza, chłopaka w komendzie ,,do wszystkiego". Większe otwory wybite przez pociski dyskretnie przysłonięto kwiatami, jak np. szczerby w wewnętrznym murze obok głównego ołtarza. U jego stóp ścielił się piękny, gruby dywan, zaś przez środek kościoła ciągnął się szeroki, gruby czerwony chodnik. Otoczenie kościoła z grubsza sprzątnięto. Wejście było przyozdobione zielenią oraz girlandami z liści dębowych, akurat z tego dębu, który rośnie obok kościoła — na tak doniosłą uroczystość użyczył swoich wspaniałych liści. Ludzie po brzegi wypełnili kościół. Z radością przyjęto księdza staruszka, był ktoś z hierarchii kościelnej, było kilku księży, wśród nich rolę gospodarza pełnił ówczesny proboszcz i zarazem kapelan naszej jednostki ks. Eugeniusz Kruger. Jeden z księży wygłosił podniosłe kazanie, w którym nawiązał do historii Dąbia i kościoła. Tak to kościół podjął swoją misję po tylu latach opuszczenia, wrócił wraz z całym narodem do Macierzy. Już pod koniec lipca, a szczególnie w sierpniu nie było dnia, aby od wczesnych godzin przez miasto nie przechodziły grupy Niemców, zdążających z głębi Polski , bądź wyzwolonych terenów Ziem Zachodnich i Północnych do Niemiec. Byli to ludzie starsi wiekiem tak mężczyźni jak i kobiety oraz dzieci w różnym wieku. Podążali ciężko utrudzeni. Ubrani raczej skromnie, zabrudzeni, dźwigali na plecach worki i walizki. Niektóre kobiety pchały dziecięce wózki wypchane przeważnie bielizną i produktami żywnościowymi. Co to byli za ludzie? Niemcy, którzy w czasie okupacji zajmowali na terenach okupowanej Polski różne stanowiska niższej rangi, robotnicy kwalifikowani, różni majstrowie, sprowadzeni z Reichu do Polski, w celu prowadzenia fabryk i różnych warsztatów. Urzędnicy różnej kategorii i maści. Ci starsi Niemcy z obłędnego fanatyzmu, pewności siebie, pewności zwycięstwa, poprzez obawy o losy wojny, strach co będzie dalej, dochodzili do załamania się, kompletnej niewiary, każdy patrzył tylko jak przeżyć wojnę, dalsze dni czy lata. Zdawali sobie sprawę, że wojnę przegrali, muszą wędrować, opuścić wygodne mieszkania, szukać zrozumienia u zwycięzców. Pamiętam dobrze nasze tułacze wędrówki w 1939 r., naloty na bezbronną ludność, bombardowanie na szosie kutnowskiej, gdzie znalazłem się krótko po tej rzezi, razem ze swoim pułkiem. Dzisiaj oni wędrują, idą do swej ojczyzny, ale w jakich warunkach? Nikt do nich nie strzela, nie rzuca na nich bomb, idą swobodnie. Przystawali czasem przed sklepami spożywczymi, których było tak mało, przystawali przed piekarnią M. Branta, przy dzisiejszej ulicy Gryfińskiej, niekiedy zatrzymywali się na krótki czas w rozbitych domach szukając czegoś, co mogłoby się przydać do dalszej wędrówki — porzuconych naczyń kuchennych, żywności. Jaki był stosunek nowych osiedleńców do tych ludzi? Raczej obojętny, ale nie wrogi. Nikt im w tej wędrówce nie przeszkadzał. Zauważyliśmy, że do tych wędrujących grup dołączały małe grupki, rodziny niemieckie, które jeszcze zamieszkiwały Dąbie. Jak już nadmieniłem, nikt właściwie nie kontrolował tych wędrówek, były one w dużej mierze swobodne. Wędrówki piesze nie były jedyne. Nieomal codziennie przez dworzec kolejowy przechodziły transporty wiozące Niemców z Poznania, Inowrocławia, Bydgoszczy. Były to transporty złożone z krytych wagonów towarowych, choć pamiętam i transporty wagonów osobowych. Codziennie patrolowaliśmy dworzec, bo był to zawsze punkt zapalny wszelkich nieporozumień, bijatyk, awantur wynikających na tle złodziejstw, rabunku, a nawet napadów. Trudną i niebezpieczną placówkę mieli tu kolejarze z ochrony kolejowej, dlatego też współpracowaliśmy z nimi, pomagaliśmy im. Choć z grubsza opanowaliśmy sytuację w mieście, wiedzieliśmy dobrze, że rejon dworca, szczególnie ruiny zburzonych domów na całej przestrzeni wzdłuż dzisiejszej ulicy Nurkowej,kryją bandy maruderów i szabrowników. Niełatwo było od razu je zlikwidować, ponieważ często zmieniały miejsce koczowania, a gdy deptano im po piętach, przestępcy po prostu uciekali z miasta. Stopniowo i ten niepożądany element zanikł. Już w sierpniu, wrześniu nie spotykaliśmy się z napadami czy zorganizowanym złodziejstwem. Duża w tym zasługa ówczesnego komendanta Milicji Obywatelskiej Władysława Owczarka oraz ofiarnych pierwszych milicjantów, jak: Szczepan Wróblewski, Jakub Mackiewicz, Władysław Werner i innych. Dworzec był stacja przelotową, tu zatrzymywały się wszelkie transporty. Były to transporty wojskowe przeważnie zdążające od strony Szczecina, a więc z zachodu z wojskiem radzieckim czy oddziałami wojska polskiego frontowego, przerzucane w inne rejony działania czy, też zdążające w głąb kraju. Zatrzymywały się na dłuższy postój. Na postoju transport częściowo opróżniał się, żołnierze rozchodzili się po terenie dworca, rozpoczynał się tradycyjny jarmark z cywilami, których zawsze można było tu spotkać. Byli i „etatowi" handlarze, którzy nie wiadomo skąd, zawsze posiadali najważniejszą monetę obiegową tj. wódkę, a najczęściej ordynarny bimber. Za ten „pieniądz" odkupywali różne rzeczy od wojskowych, czy to części odzieży, jak buty, różnego rodzaju ubrania ni to cywilne, ni to wojskowe o nieokreślonym kolorze i kroju. Handlowano zegarkami, pierścionkami, a nawet zdobyczną bronią niemiecką, co było dla nas szczególnie uciążliwe, bo wiedzieliśmy o tym, a nie zawsze udało nam się w tej sprawie interweniować u oficerów, gdyż robiono to po kryjomu, skrycie, zawsze gdzieś na boku, zawsze cichaczem. Mieliśmy dużo kłopotu z wojskowymi na skutek przyfrontowego rozluźnienia karności, dość dużej swobody osobistego działania. Te wojskowe transporty tzw. eszelony sprawiały nam tym większe kłopoty, że często zatrzymywały się w nocy, a to sprzyjało wszelkiego rodzaju wykroczeniom, rozzuchwaleniu, różnego rodzaju występkom. Za mało nas było, aby taką sytuację z miejsca opanować. Handlarze byli wprost nieuchwytni, na widok patrolu chowali się pod wagony bądź ukrywali się w ruinach domów tuz przy dworcu. Co dzień przybywa do miasta coraz więcej nowych osadników. Przyjeżdżają pociągami towarowymi bądź osobowymi, kursującymi systemem wahadłowym. Gromadzą się z tobołkami na peronie w hali dworca kolejowego, gdzie rozpakowują skromny dobytek, posilają się przeważnie chlebem, zagryzając wędzoną czy nawet surową słoniną. Gwar tu duży. Rozmawiają ze sobą, są zmęczeni, ale rozgorączkowani i niepewni, nie bardzo wiedzą, co ze sobą robić. Ubrani w płaszcze cywilne, niektórzy na pół wojskowe mundury z woreczkami na plecach. Mało który ma walizkę. Siedzą na tobołkach, zdejmują obuwie, aby wypoczęły nogi, niektórzy drzemią. Są mężczyźni i kobiety w sile wieku, są także dzieci. Naturalnie rozmawiam z nimi. Pochodzą z Poznańskiego,Bydgoskiego, Lubelskiego, także spod Krakowa. Są także wśród nich polscy robotnicy powracający z prac przymusowych z głębi Niemiec, ludzie wyczuleni, bystrzy obserwatorzy nowego życia i jego nastrojów. Tak sobie myślę: Co tych ludzi tu sprowadza, chyba nie mają zamiaru wszyscy tu się osiedlić na stałe, np. ci z Krakowa czy Lubelskiego, bo tam w tych okolicach ludzie już zasiedziali z pokolenia na pokolenie, taki tam już zwyczaj, że syn po ojcu przejmuje ziemię i tak tworzą się osiadłe z dawien dawna rody. Nowi przybysze, widząc mnie w mundurze oficera z biało-czerwoną przepaską na lewym ramieniu z literami KWM (Komenda Wojenna Miasta), rozpytują się szczegółowo o możliwości, pozostania tu w Dąbiu, wyjazdu do Gryfina, Goleniowa, Pyrzyc itp. Kieruję ich do komendy, gdzie mogą zasięgnąć bliższych informacji, względnie do komendy MO. Wiem, że ci, którzy zatrzymują się u nas w mieście, będą sobie szukali mieszkania na własną rękę. Oby tylko uczciwie. Może to szabrownicy? Tego nikt nie ma napisanego na czole, jakie ma zamiary. Wierzymy im. Wiemy, że ci z dziećmi już pozostaną. Inni może, gdy tylko jako tako się zagospodarują uczepią pracy, też sprowadzą rodziny, może krewnych czy znajomych, różnie to bywa. W czerwcu — tak ogólnie, bo właściwie nie mieliśmy dokładnej ewidencji — było około 80 Polaków osiedleńców, w tym m o że około 40 rodzin pełnych, zaś pozostało jeszcze około 80 rodzin niemieckich głównie skupionych na ulicach wokół kościoła pod wezwaniem Panny Marii, a więc zamieszkali przy dzisiejszej ulicy Koszarowej, Dziennikarskiej, częściowo Gryfińskiej i Goleniowskiej.
4251 Wyświetleń | 0 Komentarze | Oceny: (1 Ocen)
Opcja komentarzu dla tego została wyłączona.
Działa na MySQL Działa na PHP Powered by SMF 1.1.7 | SMF © 2006-2007, Simple Machines LLC
TinyPortal v0.9.8 © Bloc
Modyfikacja i przystosowanie przez rwpb i Fitek
Prawidłowy XHTML 1.0! Prawidłowy CSS!