Jedyny Portal Prawobrzeza
24 Sierpień 2017, 01:22:33 *
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
Aktualności: Używamy plików cookies w celu optymalnej obsługi Państwa wizyty na naszej stronie. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
 
   Strona główna   Forum Pomoc Szukaj Zaloguj się Rejestracja  
17 Październik 2010, 22:24:00
Historie Prawobrzeża
Dzieci, jak to dzieci, zawsze znalazły coś do roboty, coś do zabawy, choćby chodzenie po ruinach. W pobliżu komendy mamy kilka domów częściowo zburzonych. Tam spotykamy dzieci bawiące się w chowanego, zabawa stara jak świat, i ja też tak się bawiłem. W ruinach wyszukują różne przedmioty, chodzą po zwaliskach. Jest to bardzo niebezpieczne, gdyż wśród ruin leży dużo niewypałów, mieliśmy już kilka wypadków śmiertelnych właśnie na skutek manipulowania niewypałami. Ostrzegamy, zakazujemy wprost; gdy widzę dzieci wśród ruin, wysyłam żołnierza i przepędzamy je. Ale na jak długo? My odchodzimy, dzieci wracają. Ostrzegamy rodziców przed wypadkami. Nie bardzo to skutkuje, bo nieomal codziennie je spotykamy. Dzieci powinny chodzić do szkoły, niedługo będzie szkoła, mieszkańcy miasta już kilkakrotnie byli w tej sprawie w komendzie i w Tymczasowym Zarządzie Miejskim, który zaczął od niedawna urzędować. Niektóre sprawy miasta przekazujemy Tymczasowemu Zarządowi. Jest już powołany Inspektorat Szkolny, jest inspektor, starszy nauczyciel, bodaj Chyła, imienia nie pamiętam, no to i wkrótce zostanie zorganizowana szkoła. Dzieci będą się uczyły, bo to ich obowiązek. Na szkołę polską czekają osadnicy, czekają wszyscy, szkoła będzie domem kultury i oświaty, domem zebrań całego nowego skupiska miasta Dąbia. Za kościołem ewangelickim, frontem do dzisiejszej ulicy Mierniczej stoi duży czerwony budynek, mocno zbudowany, dość okazały. Wcześniej była tam szkoła elementarna, teraz, nie tak dawno bo w końcu sierpnia, wojska radzieckie zdał nam ten budynek, likwidując szpital przerzutowy, to znaczy stąd przewożono rannych bądź chorych w głąb kraju transportem kolejowym i samochodowym. Z tą chwilą mnie przypadło w udziale sporządzić ewidencję medykamentów pozostawionych przez Niemców. (Niemcy też mieli tu szpital wojskowy). Budynek zniszczony, wewnątrz zdewastowany, w murach dziury, prowizorycznie pozatykane byle czym, rogi budynku wyszczerbione, ramy okienne strasznie pokaleczone od pocisków, no a ściany jakby kto grochem rzucał — to po pociskach broni maszynowej. A więc przyjąłem budynek poszpitalny. Co było do spisania, to trochę łóżek polowych żelaznych, jakieś stoły, tylko nie wiem do czego służyły, były różne szafy,szafeczki, stołki na kołkach, jakie spotykamy w szpitalach, zresztą wszędzie bałagan. Około 5 sierpnia zaczął urzędować Inspektorat Szkolny, choć w skromnym zakresie. Mieścił się w budynku dzisiejszego Prezydium Dzielnicowego. Na szkołę władze miejskie — bo już urzędował burmistrz miasta p. Jan Balcerzak — przeznaczyły budynek poszpitalny, ten właśnie, który przejąłem od wojska radzieckiego. Trzeba tylko budynek doprowadzić do porządku, gruz pousuwać, choć prowizorycznie wyremontować dach, uzupełnić okna, przygotować ławki, no i rozpocząć naukę. Inspektor szkolny p. Chyła w dniu 2 września 1945 r. zorganizowanie szkoły powierzył nauczycielce Stanisławie Ciechomskiej, bodaj pierwszej nauczycielce, która zatrzymała się na stałe w Dąbiu. Najpierw trzeba było uzupełnić okna, wprawić szyby, co robiła przy pomocy rodziców dobrowolnie spieszących z pomocą, ba nawet dzieci przyszły pomóc pani nauczycielce, znoszą więc gruz, cegły. Nauczycielka nosi dosłownie na plecach różne części umeblowania przyszłej szkoły, sama zamienia się w murarza, łata ściany podziurawione, naprawia drzwi, zamiata sale — przyszłe klasy, organizuje pierwszy spis dzieci, które będą przyjęte do szkoły. W mieście duże poruszenie, co zresztą uwidacznia się na każdym kroku, rozmawiam ze znanymi już, na stałe osiadłymi mieszkańcami, cieszą się, że będzie szkoła, jeden z nich mówi: Panie poruczniku, mamy około 30 dzieci w wieku szkolnym, będą teraz uczęszczały do szkoły, pierwszej polskiej szkoły, jest już pani nauczycielka, jakoś tam pójdzie, ale teraz trzeba pomóc uporządkować szkołę, jeszcze dość dużo gruzu na podwórzu, łatwo o wypadek. Chodzę tam zobaczyć, jak postępują prace przygotowawcze. Kilkoro rodziców usuwa gruz, pomagają nauczycielce przy urządzaniu klasy i prowizorycznej kancelarii szkoły. Pomagają ochoczo, raz, że robią to dla swoich dzieci, a po drugie to ważny fakt dziejowy: po tylu setkach lat rozpocznie pracę polska szkoła z polską mową in gremio, nauka polskości dla wszystkich, dzieci poznają historię tej prastarej ziemi, będą się kształciły i tworzyły przyszłość na tej ziemi. 5 września 1945 r., dzień uroczysty, przejdzie do kroniki szkolnej. Dzień otwarcia polskiej szkoły. W komendzie około godziny 8 por.Banaś omawia z nami zadania na dzień dzisiejszy. Dwa patrole w sile po trzech szeregowych z podoficerami pójdą spenetrować miasto. Jeden patrol uda się w kierunku ul. Przestrzennej, na lotnisko objąć przeglądem zburzone domy, domy zamieszkałe, zobaczyć kto mieszka, jak się zadomowili, drugi zaś patrol uda się ul. E. Gierczak, Goleniowską z tym samym zadaniem. Ja idę na otwarcie szkoły. Wkładam wysokie buty, spodnie nie bardzo polskiego kroju, bo szył je niemiecki krawiec, który nie znał kroju naszych bryczesów, a więc uszył trochę na wzór niemiecki, trochę na polski, według mego mglistego zresztą, nie bardzo fachowego wyjaśnienia. Ogoliłem się tak na czysto jak nigdy, założyłem nowy biały kołnierzyk, cały mundur wyczyściłem gruntownie, czego dawno nie robiłem i jazda na wielką dziejową uroczystość. Będę przecież reprezentował komendę, a więc wojsko polskie, naszą pułkową jednostkę, muszę więc jakoś godnie wystąpić. Na głowę nakładam naszą reprezentacyjną czapkę oficerską podobną do tej, jaką mieli oficerowie przed wojną ze sztywnym denkiem (takie też czapki nosili oficerowie w tym czasie). Nie wiadomo skąd my ją mamy, a ponieważ była mi trochę za duża, podłożyłem krążek tekturki i jakoś pasuje. Założyłem wyświecony, wyglansowany pas koalicyjny, wyczyściłem kaburę pistoletu służbowego TT, czego właściwie nigdy dotychczas nie robiłem i tak wyglansowany na pokaz ruszyłem na historyczne wydarzenie. Im bliżej budynku szkolnego, tym więcej widzę rodziców z dziećmi, zdążających w tym samym kierunku co ja. Ubrani odświętnie spieszą się, głośno coś rozprawiają między sobą. Dzieci ubrane, o dziwo, w typowe stroje szkolne. Chłopcy w granatowych mundurkach z tornistrami na plecach, dziewczęta w białych bluzeczkach, granatowych spódniczkach. Skąd ci ludzie wytrzasnęli ubranka, tornistry, skąd ta zapobiegliwość? Ulice uprzątnięte, gruz, kamienie, części omurowania usunięte na obrzeża ulic. Z budynku szkolnego, z okna pierwszego piętra, majestatycznie zwisa chorągiew narodowa, zapraszając nas do szkoły. Przed szkołą grupka osób młodszych, starszych, już i gromadka dzieci. Wchodzimy do budynku szkolnego. Po kamiennych schodach dostajemy się na wysoki parter, gdzie wita nas niestrudzona kierowniczka szkoły, jej organizatorka p. Ćichomska. Przyjaźnie zaprasza nas do sali, gdzie są już krzesła, ławki szkolne, ba, nawet tablica szkolna się znalazła! Podniosły nastrój, prawdziwie uroczysty. Wszyscy mówią nieomal szeptem. Jest obecny proboszcz kościoła katolickiego, inspektor szkolny, burmistrz miasta p. Jan Balcerzak, rodzice z dziećmi, młodzież i dorośli. Kierowniczka zagaja uroczystość, mówi o roli i zadaniach szkoły na tych ziemiach, prosi o pomoc w doprowadzeniu budynku szkolnego do pełnego stanu używalności, wskazuje na trudności, jakie napotyka przy zabezpieczeniu szkoły przed dewastacją; zgłaszają się różni „spece", którzy przy okazji remontu, rozmontowują różne części stałych urządzeń. Potem przemawia burmistrz podkreślając olbrzymi wkład kierowniczki przy organizowaniu szkoły, przedstawiciel PPR (jeden ze stałych mieszkańców), no i ja. Po oficjalnych przemówieniach dzieci odśpiewały kilka pieśni, w tym rotę — Nie rzucim ziemi skąd nasz ród — pochwyconą przez obecnych. Ja nie śpiewałem, bo nie mogłem. Coś mi stanęło w gardle, byłem tak wzruszony. Już następnego dnia rozpoczyna się normalna nauka. Jest zapisanych 18 dzieci. To nie dzisiejsze klasy po 30 lub 40 uczniów, lecz tylko po kilkoro w klasie. Zresztą pierwsze miesiące to wspólna nauka dla dzieci klas IV, V, VI oraz I, II, III. Dzieci posługują się różnymi kartkami, z jednej strony druk niemiecki, z drugiej czysta strona, piszą wypracowania, stawiają pierwsze niezgrabne litery, odsłania się przed nimi tajemnica pisma i czytania.. W ciągu kilku pierwszych miesięcy było już zapisanych w szkole 69 uczniów. Taki był początek roku szkolnego 1945/1946, początek szkoły, początek dni oświaty i kultury, początek i narodziny nowego życia miasta Szczecin-Dąbie, a wówczas Dąbia. Przybywają dzieci, przybywa w 1946 r. nauczycielka Irena Salamon, później nauczyciele: Owczarek, Maliszewski, Górecki, a w roku 1946/1947 nauczycielka Zofia Prokopowna. Jest już 243 dzieci oraz 29 pierwszych absolwentów, którzy ukończyli pierwszą polską szkołę powszechną w Dąbiu! Pałeczkę sztafety szkolnej z roku na rok podają sobie dzieci i tak już pozostanie. Kierowniczką szkoły zostaje Helena Burdziuk (Mołczanow), która udzieliła mi informacji dotyczących przeszłości szkoły i udostępniła skromną kronikę szkolną.
4236 Wyświetleń | 0 Komentarze | Oceny: (1 Ocen)
Opcja komentarzu dla tego została wyłączona.
Działa na MySQL Działa na PHP Powered by SMF 1.1.7 | SMF © 2006-2007, Simple Machines LLC
TinyPortal v0.9.8 © Bloc
Modyfikacja i przystosowanie przez rwpb i Fitek
Prawidłowy XHTML 1.0! Prawidłowy CSS!