Jedyny Portal Prawobrzeza
13 Grudzień 2017, 16:12:42 *
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
Aktualności: Używamy plików cookies w celu optymalnej obsługi Państwa wizyty na naszej stronie. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
 
   Strona główna   Forum Pomoc Szukaj Zaloguj się Rejestracja  
14 Listopad 2010, 09:00:00
Historie Prawobrzeża

Cześć XI
Często powtarzają się pytania: czy tu w Dąbiu można cos kupić do jedzenia? Mają ze sobą drobne naczynia kuchenne,  chcą sobie coś ugotować.  Wychodzimy z dworca. Tu dość szczegółowo wyjaśniam  i  pokazuję ręką najbliższe zniszczone domy, przylegające do drogi biegnącej wzdłuż dworca, torów.  Popatrzcie, tam  jest rozbity   piec   kuchenny,   tam   w   piwnicy   jest   węgiel, drzewo, idźcie tam, wasze kobiety mogą na piecu gotować, choć obudowanie pieca mocno zniszczone. W mieście, tam popatrzcie — i pokazuję kierunek   ul. Gryfińskiej. — Niedaleko stąd około 300 m jest piekarnia, pójdziecie prawą stroną ulicy. Tam będziecie mogli nabyć chleb. Jaki jest chleb? Na pewno nie pszenny, ale prawdziwy. Innego towaru tu nie macie? — pytają   — Co prawda mamy  sklep rzeźnicki  przy ul.  Goleniowskiej, ale chwilowo bez mięsa, ponieważ ten, który  prowadzi nie ma skąd zakupić bydła rzeźnego   Cukier, mąkę, kaszę kupicie u pana Hołyńskiego, ma sklep naprzeciwko Komendy Wojennej Miasta, około 500 m w tym kierunku.
Zbieram patrol i idziemy razem w prawo od budynku dworcowego drogą wysadzaną drzewami kasztanowymi, dużymi, wyrosłymi. W powietrzu zapach kwiecia, słychać szum pszczół pracowicie zbierających nektar. Już od rana mamy piękną pogodę. Słonko mocno grzeje, najmniejszego wiatru. Zbliża się godzina 11. Mijamy wykopane ciągnące się przez drogę linie stanowisk strzeleckich, obudowany schron do broni maszynowej z zerwanym nakryciem. Kłody, okrąglaki, deski.... Z lewej strony pole zachwaszczone, dużo na nim rumianku, mleczu czy mniszka pospolitego, rosnących w każdym zakątku Polski. Są modraki, czyli chabry — kwiat zboża, kąkole...
Kompleks zabudowań ogrodzonych betonowym płotem. Wchodzimy do budynku fabrycznego. Drzwi rozsuwane. Dużo różnorodnych maszyn na parterze. Co to za fabryka? Maszyny jakieś dziwne, pokryte jakoby piaskiem, opylone czymś w rodzaju mąki. Każda prawie maszyna ma duże okrągłe sita, dużo obudowań drewnianych, wygląda na urządzenia młyńskie... Jest to fabryka płatków owsianych i innych pochodnych produktów żywnościowych. Całe wnętrze łącznie z gdzie-niegdzie zachowanymi, szybami pokryte grubą warstwą zwilgotniałego miału.
Objęliśmy fabrykę, aby uchronić przed bezmyślnym jej zdewastowaniem. Wchodzimy po betonowych schodach na piętro. Tu zwieszają się z sufitu duże sita w drewnianym obudowaniu, kotły z paleniskami, stoliki z próbkami jakiejś mazi, dwie butle tlenowe, dużo butli szklanych podobnych do butli winnych, trochę rozrzuconych narzędzi. Na podłodze i ścianach gruba warstwa osadu, brudnej mąki; walają się torebki z rozrzuconą masą galaretowatą w postaci płatków mydlanych.
Nie  mamy dłużej  co tu   robić.  Pozostawiamy   wartownika, wtedy ktoś niepożądany nie będzie przychodził. Wracamy   tą   samą   drogą   kierując   się   do   miasta. Chcielibyśmy być na godzinę 10 w komendzie, trzeba też załatwiać sprawy bieżące. Zawsze mamy coś nowego. Wczoraj w godzinach wieczornych nasz patrol zatrzymał  dwóch młodych  ludzi, którzy  wałęsali  się po mieście, co nie uszło uwagi  mieszkańców.  Zatrzymani nie umieli jasno określić po co przybyli, dokąd zmierzają. Nie mieli żadnych dokumentów, ubrani trochę po cywilnemu, trochę po wojskowemu. Zatrzymaliśmy ich w pomieszczeniach piwnicznych  komendy.  Jutro  zajmię się  nimi   służba   wojskowa   i   MO.   W  komendzie jest  obecny  Banaś,  jest  burmistrz  miasta  Jan  Balcerzak, jest komendant MO.  Dołączam się do rozmowy. Siedzimy w kancelarii.  Wkrótce orientuję się, że  rozmowa   dotyczy   możliwości   uruchomienia   sieci   wodociągowej   i  trakcji   elektrycznej.   Wiem,  że   w  mieście mieszka już kilku monterów elektryków. Coś tam się robi, aby miejskie wodociągi uruchomić. Podobno przewody miejskie są mało uszkodzone, ale to potrwa. Brak planów ciągu przewodów wodnych, podobnie jak i kanalizacyjnych. Banaś proponuje, aby tę sprawę przedstawiło miasto dowódcy pułku. Są w naszej jednostce ludzie różnego fachu, są specjaliści. Pułkownik nie odmówi pomocy. My to przy najbliższej odprawie przedstawimy i poprzemy.  W tej chwili  wchodzi  kpr. Nowacki i prosi mnie do telefonu, obok w pokoju służbowym. Halo! — podaję moje nazwisko — kto mówi? No tak! Mam zaraz zgłosić się do sztabu do mjr. Kaniewca, d-cy 2 batalionu, do którego etatowo należę. Trochę mnie to zaskakuje, myślę: po co mnie wzywa. Spotkanego żołnierza proszę o przygotowanie konia, idę do swego pokoju, zabieram torbę oficerską i wychodzę przed komendę. Koń już stoi, ruszam w kierunku lotniska. Jadę stępa, bo jezdnia nierówna, a koń słabo podkuty może poodbijać sobie kopyta.
Na ulicy niewielki ruch, naprzeciwko naszego budynku sklep p. Hołyńskiego (Bronka) już otwarty. Pan Bronek stoi w otwartych drzwiach i głośno mnie pozdrawia „dzień dobry!" Na co się niemniej głośno odwzajemniam. — Będzie ładna pogoda — mówię. Kieruje się jeszcze w stronę podwórza i tu widzę dwa stojące wozy wypełnione różnymi meblami. Wiem, że są to wozy zatrzymane wczoraj wieczorem przez nasz patrol, gdy przejeżdżały przez miasto w kierunku na Szczecin. Były to dwie rodziny dawnych kolonistów niemieckich z okolic spod  Gniezna, ale nie pamiętam już dokładnie z jakiej miejscowości. Zatrzymał ich patrol już na przedmieściach miasta. Zatrzymanych skierowano do Komendy MO, wozy zaś pozostały u nas. Wczoraj podczas pobieżnego przeglądu wozów znaleziono oprócz mebli kilka cennych obrazów. Ujrzeliśmy miedzy innymi mały obraz o wymiarach około 40X X40 cm przedstawiający cwałujących na koniach dwóch ułanów na tle leśnej drogi. Zaintrygował mnie podpis malarza, bo, o dziwo, był to Kossak! Zaciekawiło nas dlaczego teraz dopiero uciekali, przecież to już sierpień, jak dotarli aż tu do nas, mając pełne wozy naładowane żywnością i różnymi przedmiotami i dysponując dobrymi końmi. Skąd i komu zabrano ten obraz, kogo ograbili?
Wychodząc z podwórza spotykam przy wejściu wartownika spacerującego wzdłuż naszego budynku po chodniku. Jest znudzony i niecierpliwie wyczekuje zmiany służby. Przechodzę na drugą stronę ulicy. Na krótko wchodzę do sklepu Hołyńskiego, pozdrawiam gospodarza i tu widzę, kilkoro ludzi starszych kupujących różne towary. Hołyński to społecznik: po całym pracowitym dniu w sklepie jeszcze znajdował wolny czas na różne narady z mieszkańcami, już przemyśliwał jak zorganizować ochotniczą straż pożarną, która jest po prostu niezbędną. Jeszcze teraz spotyka się tajemnicze pożary wybuchające przeważnie na dalekich peryferiach miasta, gdzie dużo uliczek mało przez nas znanych i dużo domów zburzonych, w których nikt nie mieszka
Wychodzę, idę na ul. A. Krzywoń w kierunku przystani portu rybackiego, chcę się przekonać, jak mieszkają nowo przybyli osadnicy. Porozmawiałem z nim, żegnam się i idę wolnym krokiem i w pewnej chwili słyszę kilka pojedynczych strzałów gdzieś w pobliskiej ulicy. Staję i  nadsłuchuję, czy nie padną następne. Charakterystyczny huk przytłumiony wskazuje na to, że strzały zostały oddane z brona krótkiej a nie z karabinu czy automatu, coś jakby od ul Dziennikarskiej. Po krótkim namyśle wracam w tamtą stronę i już wiem, ze to właściwy kierunek, widzę bowiem kilka spieszących tam osób. W pobliżu budynku komendy spotkałem por. Gorzkowskiego w otoczeniu kilku żołnierzy. Podzieliłem się tym, co słyszałem. Wspólnie udaliśmy się na ulicę Dziennikarską. Od osób przygodnie spotkanych już przy ul. Dziennikarskiej dowiedzieliśmy się o nieudanym rabunku mienia pozostawionego przez osiadłą rodzinę z Poznania, która tu przybyła i zamieszkała od maja, a więc przybyła prawie z pierwszą większą falą osadników. Prawdopodobnie wyjechali do Poznania, pozostawiając co prawda zamknięte mieszkanie pod opieka sąsiadów. Sąsiedzi już od południa zauważyli trzech mężczyzn w sile wieku pilnie obserwujących ruch na ulicy, wypytywali się kto tu mieszka, mówili, że poszukują swoich znajomych, lecz nie umieli nic bliższego powiedzieć, określić. Wyglądali podejrzanie ni to cywilni to wojskowi. Mieli jakieś walizki, płaszcze długie takie nieokreślonego koloru wzoru wojskowego, przypominające pancerną formację wojsk niemieckich, Sąsiedzi obserwujący ich ukradkiem zauważyli, jak jeden stanął w bramie domu, dwóch znikło w korytarzu. Podeszli pod drzwi majstrując przy zamku. Wszczął się alarm, ktoś krzyknął — bandyci! złodzieje! zawiadomić komendę! Do sieni korytarza weszło kilku mężczyzn, na który to widok ten stający w bramie uciekł przez podwórze w stronę ul. Koszarowej, a dwaj pozostali, spostrzegłszy na ulicy ruch i ucieczkę tego z bramy oraz ruch na korytarzu, chcieli zejść po schodach i uciekać przez podwórze tak jak ich kamrat, lecz tu spotkali już mężczyzn zagradzających im drogę odwrotu. Wtedy jeden z nich wyjął rewolwer i strzelił w głąb korytarza, w stronę ścigających, torując sobie drogę ucieczki. Po krótkiej relacji świadków Gorzkowski z czterema żołnierzami podąża przez podwórze na ul. Koszarową, ja zaś biegnę z trzema żołnierzami od strony ul. Dziennikarskiej, Niestety, nie spotykamy nikogo. Zbieramy się mniej więcej w środkowej części ul. Koszarowej i postanawiamy tyralierą przejść przez ogrody, rumowiska ku ul. Nurkowej w stronę dworca. Żołnierze z automatami gotowymi do strzału, ja idę prawym brzegiem też z bronią w ręku, mam browning typu TT. Suniemy blisko siebie, ostrożnie, przechodzimy zwoje drutów, chyba kabli.
W pewnym miejscu ogród skosem opada nieco w dół, skaczemy obok rozbitych szklarni. Są wyrosłe drzewa owocowe — jabłonie, grusze, śliwy, ale także wszelkie żelastwo, wraki  wojny. Ziemia miejscami rozkopana, widocznie ktoś kopał, szukał skarbów czy ja wiem? Tu i ówdzie leżą skorupy potłuczonych statków kuchennych. Wchodzimy szykiem bojowym do budynku. Jedni ubezpieczają, dwóch żołnierzy i ja ostrożnie wchodzimy do wewnątrz. Schody częściowo rozbite, gruz tu, gruz tam. Drzwi piwnicy wyłamane, w pomieszczeniach piwnicy papiery, jakieś dokumenty handlowe, skoroszyty, widać, że tu musiało być jakieś biuro czy urząd. Są też regały z poukładanymi książkami. W mieszkaniu musiało być centralne ogrzewanie, bo kotłownia częściowo rozmontowana, rury powyginane, wykręcone, są ślady nie tak dawnej niszczycielskiej roboty. Wychodzimy i idziemy dalej przez ogród, przechodzimy przez powalony parkan z siatki drucianej, mijamy jeszcze kilka zniszczonych domów, też tam zaglądamy ostatecznie wychodzimy na dzisiejszą ulicę Nurkową naprzeciw dworca kolejowego. Otwarte przewody kanalizacyjne, wodociągowe, jedno wielkie rumowisko, rezultat bombardowań i ostrzału z moździerzy dworca i jego okolicy. Nie spotykamy nikogo. Ci, których szukamy łatwo mogli się ukryć w tym labiryncie zniszczenia wojennego. Trudno każdy zakątek obszukać, za mało nas, aby dokładnie spenetrować każde miejsce metr po metrze.
Spotykani ludzie zaczepiają nas, komentują niedawny napad, są zaniepokojeni, zadowoleni jednak, że my komendy wojennej udaliśmy się w pościg, że czuwamy nad ich bezpieczeństwem. Pytają nas, kto to mógł być. Ba, żebyśmy to wiedzieli. Dla nas był to sygnał wzmożenia czujności, dokładniejszej penetracji terenu, przede wszystkim zaś dokładniejszego sprawdzania, kto przechodzi przez miasto, kto się zatrzymuje na dworcu, jakie ma zamiary. Stałych mieszkańców znamy już z widzenia bądź z osobistych kontaktów. Jakoś podświadomie czują się pewniejsi, wiążą ich z nami jakieś nici nawet nie wyrażonej przyjaźni, bliskości, bo i my i oni jesteśmy tutaj nowymi mieszkańcami, żyjemy tu w innych warunkach ,okolicznościach, aniżeli tam w głębi Polski, skąd przybyliśmy.


Młodzi żyją nowym życiem, które nie ogląda się wstecz, bo to już minęło, to należy do przeszłości, do historii. Czy żyją jeszcze pierwsi pionierzy osadnictwa, ludzie, którzy tworzyli tu zręby nowej Polski? Żyją pewnie cicho, żyją na zasłużonym odpoczynku, żyją i porównują to, co było z tym, co jest teraz. Czy żyją jeszcze ludzie minionego czasu, pierwsi kolejarze, pierwsi pracownicy MO, pierwsi rzemieślnicy, robotnicy, urzędnicy. To oni swojm życiem pisali pierwsze dokumenty tego miasta, dzisiejszej dzielnicy Szczecina-Dąbia. Byłem razem z nimi, z nimi przeżywałem każdy dzień, jadłem pierwszy wypieczony chleb, z nimi dzieliłem smutki i radości mijających dni.



Relacja por. Mariana Wieczorka została nadesłana, z Torunia, na konkurs “Dzieje szczecińskich rodzin” w roku 1979, wzbudzając niemałą sensację. Kiedy rok pózniej została podjęta decyzja o publikacji wspomnień, próbowano listownie skontaktować się z autorem. Otrzymano jednak informację zwrotną o śmierci odbiorcy. Nieznane są zatem losy autora relacji po wrześniu 1945 roku. Ciekawostką może być fakt że na cmentarzu w Dąbiu znajduje się grób osoby o tym samym imieniu i nazwisku, zmarłej w roku 1965. Czy jest to grób autora relacji, a jego wspomnienia zostały wysłane przez jego spadkobierców? Czy autor,  po demobilizacji pozostał w mieście, w którego odbudowie brał czynny i niebagatelny udział? Jeśli tak, to w jakie były jego dalsze losy? Te i inne pytania, dotyczące historii życia pionierów prawobrzeża, powinny być przedmiotem naszych badań i dociekań. Bo tylko w ten możemy stworzyć świadomość historyczną naszej małej ojczyzny oraz oddać hołd ludziom którzy własnymi rękami zbudowali tutaj Polskę.
4953 Wyświetleń | 3 Komentarze | Oceny: (2 Ocen)

(3 Komentarze , 0 są nowe)
1 Re: Wspomnienia komendanta wojennego m. Stary Dąb V - IX 1945 (część XI) autor Czarny 27 Listopad 2010, 20:47:40
Świetne są te wspomnienia. Szkoda ,że dopiero niedawno je zauważyłem. Bardzo dużo informacji, można również wczuć się w klimat tamtych czasów.
2 Re: Wspomnienia komendanta wojennego m. Stary Dąb V - IX 1945 (część XI) autor mavr 28 Listopad 2010, 10:38:32
Ja kiedyś czytałem fragmenty i kilka lat na nie polowałem, bo nie znałem tytułu ani autora (w kilku publikacjach fragmenty są przypisowane komendantowi MO Owczarkowi), ale wreszcie dopadłem;)
3 Re: Wspomnienia komendanta wojennego m. Stary Dąb V - IX 1945 (część XI) autor kama 07 Sierpień 2012, 22:30:01
Może ktoś słyszał o pani i panu Fengler-on nauczyciel w-f-przez wiele pokoleń bardzo mile wspominamy pedagog.Pani Fengler pamięta panią Hołyńską-wspomina
a ja słucham.Uwielbiam jej opowieści o szkole 1947 roku o Komunii Świętej i przyjęciu na placu kościelnym dla dzieci,o zniszczonym Dąbiu,o starych
budowlach,kanale przy szkole idącym do jeziora,piekarni przy Krzywoń:)...obiecała kilka starych fotografii gł. z placu gdzie stał ratusz...a ja czekam na jej dalsze
opowieści:)
Opcja komentarzu dla tego została wyłączona.
Działa na MySQL Działa na PHP Powered by SMF 1.1.7 | SMF © 2006-2007, Simple Machines LLC
TinyPortal v0.9.8 © Bloc
Modyfikacja i przystosowanie przez rwpb i Fitek
Prawidłowy XHTML 1.0! Prawidłowy CSS!